Strona główna

    Pewnego razu był na Żmudzi ród możny Bilewiczów - od Mendoga się co prawda wywodzący, ale w ostatnich czasach ograniczony już tylko do panny Oleńki Bilewiczówny, jej ciotki, która zwała się Kulwiec-Hippocentaurus i tak też wyglądała oraz do Kudłatego Żmudzina.
    Siedzieli sobie kiedyś w Wodoktach i przędli, odzywając się z rzadka a głupio, jak to zwykle na świętej Żmudzi.
    - Pora by ci już za mąż - mruknęła ciotka Kulwiecówna, usiłując trafić górną lewą trójką na prawą dolną szóstkę w celu przegryzienia nitki.
    - Ach, co też ciotunia... - zasromotała się panna i wykonała szereg czynności przystojnej skromnej szlachciance, a mianowicie strzeliła oczkiem, tupnęła nóżką, zmierzwiła brewki, furknęła noskiem, założyła rączki w małdrzyk, a buzię w ciup, ciup natomiast złożyła na krześle, po czym parsknęła, furknęła, puknęła, zaplotła kosę i grzmotnęła Kudłatego Żmudzina w pysk.

    - Podłas - powiedział Kudłaty Żmudzin, spluwając do dzieży z puciną, tą pożywną narodową potrawą, dobrą również do uszczelniania okien i usztywniania złamanych kończyn.
    - Oj, pora ci, pora! - upierała się starucha. - A toć pięćdziesiątka na karku.
    - Trzydziestka! - pisnęła rozpaczliwie Oleńka, rozglądając się, czy kto nie słucha.
    - Trzydziestka w dowodzie osobistym - zgodziła się ciotka - ale poprzednią datę urodzenia pod światło odczytać można, gdyż Kudłaty Żmudzin nader niedbale ją był wyskrobał. - Ażeby cię! - krzyknęła pod adresem Żmudzina i też strzeliła go w pysk.
    - Może pan Kmicic się zjawi, któremu dziadek Herakliusz w testamencie swoim mnie zapisał - szepnęła z nadzieją Oleńka.
    - No, nie wiem, nie wiem, czy właśnie ciebie mu zapisał - pokręciła głową panna Kulwiecówna. - Po mojemu, to on Kmicicowi konia deresza wałacha zapisał, tuczarnie w Lubiczu natomiast miecznikowi rosieńskiemu, a ciebie to chyba Józwie Butrymowi Bez Nogi.
    - I owszem - powiedziała Oleńka - atoli Józwa Butrym, gdy mnie ujrzał przypadkiem onegdaj rano wynoszącą śmieci do pojemnika, tedy zaraz poleciał do pana Kmicica i powiedział, że chętnie się zamieni i zamiast mnie weźmie wałacha.
    - A Kmicic się zgodził?
    - Pijany był, to się zgodził.
    - Ot, durny - podsumowała dyskusję ciotka i dalej wszyscy przędli w milczeniu.
    A wtem coś zadzwoniło, zarżało, wyrżnęło w okno i do izby wleciał wraz z okiennicą okutany w barany osobnik.
    - A słowo stało się ciałem! - wykrzyknęły obie białogłowy.
    - Podłas - dorzucił z zainteresowaniem Kudłaty Żmudzin.
    Przybysz zaś podniósł się i powiedział trochę bełkotliwie:
    - Dzień dobry. Jestem Staś Tarkowski!
    - Bredzi... - szepnęła panna. - Być może oszalał z miłości? - dodała z nadzieją, podczas gdy młodzian uchwyciwszy ciotkę Kulwiecównę za gardło wycharczał:
    - Gdzie moja córuś jedyna? Oddaj mi Danuśkę krzyżacka zarazo!
    - Paszoł won! - wyrzęziła ciotka i w odruchu samoobrony kopnęła go kościstym kolanem w instynktownie wybrane miejsce.

    Cios był widocznie skuteczny, gdyż szlachcic zawył, pobiegał chwilę w kółko, uderzył się w czoło i rzekł:
    - Jam jest Andrzej Kmicic!
    - Nareszcie się przyznał! - mruknęła z satysfakcją ciocia.
    Pan Andrzej powoli odzyskując kontenans, jął przyglądać się wszystkim obecnym, aby zgadnąć, która z przytomnych mu osób ma być jego narzeczoną.
    Wreszcie z kawalerską determinacją chwycił za ręce Kudłatego Żmudzina i ku ognisku odwrócił, tak nim jak frygą zakręciwszy, a potem uderzył się po kontuszu i zakrzyknął:
   - Jak mi Bóg miły, rarytet! Kiedy ślub?
    - Podłas... - wyszeptał skromnie Kudłaty Żmudzin, zakrywając swe małe oczka wąsiskami i spoza nich zerkając figlarnie ku pięknemu rycerzowi.
    - Pańska narzeczona tam oto stoi - rzekła surowo ciotka, wskazują panu Andrzejowi Oleńkę.
    - Jezus Maria... - jęknął chorąży orszański, porażony kresową urodą dziewicy.
    - Wybacz waćpanno - wyjąkał - Alem znał jej dziada, podkomorzego Herakliusza Bilewicza i nie mogę się nadziwić podobieństwu.
    - Prawda, że istna z niej skóra zdarta z nieboszczyka? - zawołała za satysfakcją Kulwiecówna.
    - Oj, z nieboszczyka, z nieboszczyka... - mruknął rycerz.
    - Skóra zdarta, ale gdzieniegdzie wypchana! - zażartowała ciocia, popychając ich ku sobie, a Kmicica równocześnie w dół, skutkiem czego rymnął z hukiem na kolana.
    - Klęczy przed nią, o rękę prosi!   -wrzasnęła triumfalnie stara dama. - Wszyscy widzieli! - Tu sięgnęła za dekolt i pobłogosławiła młodą parę wydobytym stamtąd wisiorkiem.
    - Podłas - powiedział zgorszony Żmudzin. - Taż to cycka!
    - O, pardon - zarumieniła się Kulwiecówna. - Myślałam, że szkaplerzyk!
    I naprawiwszy omyłkę, nakreśliła w powietrzu krzyż, a po namyśle też drugi - prawosławny, bo na kresach nigdy nie wiadomo, jakiej kto wiary.
    - Ja by i Gwiazda Syjonu dorzucił - poradził Kudłaty Żmudzin, spoglądając badawczo na orli profil pana Andrzeja.
    Zaś pan Andrzej, któremu przejaśniło się już we łbie, gorączkowo kombinował, jak by się tu wycofać ze świeżo zawartego narzeczeństwa.
    "Nic inszego - myślał - jeno musze na pogardę onej panienki solidnie zapracować, w którym to celu chyba portrety jej przodków postrzelam, Upitę spalę, Wołmontowicze wymorduję, panny Pacunelki pogwałcę, a w końcu ze Szwedy się zwiążę
- to może jej obrzydnę?"
    I drapnąwszy z izby, jął realizować ów ambitny, ale jakże karkołomny program.

Szukaj

Logowanie