Strona główna

Poranne czerwone słonko strzeliło ciepłym płomykiem między dwoma szczytami Gór Mizerskich,   południowego pasa Skarpatów w zielony namiot. Z namiotu wystawały dwie cętkowate włochate  łapy.  Obok namiotu i odnóży wystających z niego siedziała tajemnicza postać.
Osoba ta miała wystające, wręcz wypukłe oczyska, błonę między palcami, workowaty kształt ciała   umaszczony w barwy maskujące oraz stwierdzoną obecność dwóch kłykci potylicznych. W łapie   trzymała źdźbło kupkówki pospolitej (Dactylis glomerata), której kłosem muskała stopy  śpiącego.
A śpiący w odpowiedzi układał się w przeróżne pozycje, przebierał nóżkami w końcu cały  spocony  rozsunął w pośpiechu suwak namiotu i z krzykiem powiedział:
- Aaa!!! Ach to ty Franku, śniło mi się, że stopy zjadały mi afrykańskie mięsożerne mrówki. -   skończył już nieco ciszej.
Futro na czole i pod pachami, nie będę już Cię trzymał w napięciu czyje :), rysia Ryszarda  było  bardzo spocone. Makabrycznego wyglądu całej postaci dodawał martwy komar zaplątany w  strzęp  pajęczyny i grzywę ssaka.
Franek dyskretnie wskazał gestem żeby ryś się poprawił. Rysiek potarł czoło i strząsając sieć   pajęczą otarł pot (kot otarł pot:).
- Franku - zwrócił się do kumaka kot, bo do kogo innego mógłby się zwracać, gdy w promieniu   (słońca?) kilkuset metrów nad brzegiem jeziora, czy też morza lub oceanu, bo sami nie  wiedzieli , gdzie są, nie było widać żywego ducha.
Z drugiej strony to bardzo dobrze, bo możesz sobie wyobrazić jakby się zachowali na widok  ducha  :).
- Gdzie my właściwie jesteśmy?
- Eee... - zaczął odpowiadać robiąc mądrą minę Franciszek płaz. - Noo... - kontynuował   omiótłszy łapka okolicę. - Jakby tu rzec ... Rysiu a którą mamy godzinę? - zmienił temat   rozmowy.
- Ty mnie tu nie kołuj! - podniósł nieco głos puszczański tygrys. - Odpowiadaj jak cię  pytają.
- Yyy... sam nie wiem.
- Ja też. - Po czym ryś przyjrzał się plaży pokrytej pozostałościami po rozbitych okrętach i   czerwonym rozgwiazdom mieniącym się w zielonych pasmach glonów.
- A z zupełnie innej beczki... - od przyglądania się Ryś przeszedł do badania zawartości  beczek  z napisem "Kawior, port docelowy Ryga" i drugiej "C2 H5 OH, roztwór 40%". Potem  uśmiechnął się  pokazując garnitur ostrych zębów, zmrużył oczy i zastrzygł uszkami,  zakończonymi czarnymi  pędzelkami. - A z zupełnie innej beczki, to dlaczego tak strasznie boli  mnie głowa.
- Nie wiem.
- Franku, a jak ty masz na imię?
- Nie wiem, a ty Rysiu?
- Też nie wiem.
- Musimy być rozbitkami i mamy amnezję.
- A co to jest amnezja?
- Nie pamiętam.
- Co się z nami stanie Ryszardzie?
- Nie wiemy kim jesteśmy i nie wiemy gdzie jesteśmy, larum grajcie! - zakrzyknął drapieżnik,   stanął na kolanach, chwycił głowę w przednie łapy i zaczął się kołysać jęcząc.
Po chwili dało się słyszeć trzask mocnego policzka wykonanego przez żabę. Ryś zaskoczony   zamilkł i dużymi, prawie tak dużymi jak Frankowe oczami, przyglądał się kumakowi.
- Uspokój się! Panika tu nic nie pomoże.
- O jejku! Nie pamiętam nawet co to jest panika.
Drugi policzek zadziałał jak silny środek uspokajający. Ryś zamilkł.
Płaz myślał na głos: - Musimy ustalić jakiś plan. Na początku musimy obejść całe wybrzeże i  pozbierać pożywienie oraz  informacje i pozostałości naszych bagaży.

***

Mewy krążyły wokół pozostawionych na plaży, zalewanych wodą przypływu, śladów. Wystarczyło   spojrzeć w lewo by zobaczyć do kogo one należały.
Po piasku, na tylnych łapach szedł ryś i co jakiś czas potakiwał spuszczoną głową. Obok niego   szedł kumak, który prawie nie zamykał buzi i obficie gestykulował błoniastymi rękami.
Wprawny obserwator pewnie dostrzegłby trzecią parę śladów w zaroślach. To są moje, narratora,   ślady :).
- Chyba idziemy w złą stronę Rysiu.
- Skądże znowu Franciszku.
Po chwili ich oczom ukazały się szczątki żaglówki z przełamaną na pół nazwą "Fenix".
Rysiowi zaczęła wracać pamięć w gwałtownym ataku. Ugięły się pod nim nogi i kurczowo chwycił   się kumaka.
- CO ci jest Ryszardzie?
- To ta łódź. To nią przypłynęliśmy. Był sztorm. Zaatakowali ją piraci.
- Ale skąd tu przypłynęliśmy?
- Nie wiem. Nie pamiętam.
- No już dobrze, uspokój się. - Kumakowi też się coś przypomniało i chcąc to sprawdzić   przyspieszył kroku. - Zdaje się, że z drugiej strony wyspy będzie widać latarnię morską w   Daphne.
Nie zdążyli ujść trzystu dwudziestu pięciu metrów, gdy wtem ujrzeli oddalony o wiele mil   morskich ląd. Na najbardziej wysuniętym jego kawałku stała jak tyczka geodezyjna (to znaczy w   takie paski:) latarnia morska.
Na latarni stary Jopin smarował właśnie pajdę chleba masłem orzechowym, po czym wkładał to do   ust nie przerywając lektury Hemingwaya.
- O jest! - kszepnął z zachwytu Franek. - Wiem gdzie jesteśmy.
- A gdzie jesteśmy?
- Jesteśmy na wyspie Bronholm.
- GoHome? Że co?
- Na Bronholmie!
- Aha :).
Obeszli całą wyspę wokoło nie znajdując żadnych śladów ludzkiej obecności i wrócili do  miejsca  przebudzenia.
- Franku - zapytał Ryś. - A kto rozbił nam namiot?
- To ja w szarudze odnalazłem drzewo namiotowca północnego (północny dlatego, że pół nocy jest   w nim ciepło a pół zimno:), zerwałem jeden namiot dla nas.
- Ale ty jesteś pomysłowy.
- To nic wielkiego.
Ryś poszedł poszukać jedzenie, a kumak przejrzał przedmioty porozrzucane po plaży i znalazł   swój zegarek słoneczny i scyzoryk Rysia. Zaczynało się ściemniać. Mewy pochowały się w  czerwieni  zachodzącego w Morze Bałtyckie słońca. Pojawiły się pierwsze nietoperze.
Podróżnicy rozpalili ogień od krzesiwka ukrytego w zegarku kumaka, zwanym Słonecznikiem.
Ryś znalazł w lesie drzewo chlebowca i masłowca. Później podróżnicy otworzyli beczki z  kawiorem  i gorzkim napojem C2H5OH. Zrobili masę grzanek a pragnienie próbowali zaspokoić tym płynem. Nie  gasił pragnienia, a bardzo je wzmagał.
I zapadli jak w tunel kolejowy i zostali w nim długo wykolejeni. Nie powiem co robili a  byłoby  co opowiadać :).

***

Mewy krążyły wokół porozrzucanych na plaży walających się szczątków. Jedna z mew myśląc, że to  padlina energicznie skubała jakby przedmiot pokryty futrem w cętki. Przedmiot się poruszył, po  czym wrzasnął głośno machając łapami:
- A żeby was żebraki pie... - zdań było jeszcze kilka. Wszystkie wymownie świadczyły o tym że  rysiowi nie podobało się skubanie go w bok.
- Cześć Rysiu. - powiedziała żaba trzymając się za głowę. - Nie wiem co to było, że nie chcę  więcej tego próbować.
- Ja też Franku nie chcę w życiu próbować tego ohydnego napoju. Musimy dziś poszukać słodkiej  wody.
- Zdaje się że gdzieś widziałem skrzynkę z napisem cukier. Nalejemy do beczki wody z morza i  posłodzimy.
- No to zabierajmy się do roboty.
Słońce świeciło natrętnie w skacowane głowiny naszych bohaterów. Podobno na kaca najlepsza jest  praca. Pracowicie więc opróżnili beczkę z napisem kawior. Później zaczerpnęli do niej znalezionym  nieopodal kapeluszem wody i wsypali zawartość pięciokilogramowego worka cukru. Pomieszali to  długim bambusowym kołkiem ściętym scyzorykiem kumaka.
Po dwóch godzinach nastąpiła degustacja.
- Tfuj, jaka lura. - z obrzydzeniem skomentował Ryś.
- Istotnie kotku. - przełykając z obrzydzeniem skomentował płaz. - Ohyda.
- Chyba nie będziemy mieli słodkiej wody.
- Wiesz Rysiu, zdaje mi się że w tych wszystkich awanturniczych książkach nie chodziło o to by  posłodzić wodę. - mędrkował kumak. - Chodziło chyba o wodę zdatną do picia, a ja podczas  porannego spaceru widziałem źródełko. Przejdźmy się tam.
I poszli w słońce, sitowie, zarośla, to znaczy w głąb lądu.
- Eureka! Franku miałeś rację. - ryś nabrał w łapy ożywczego płynu i łapczywie pił.
Kumak rozebrawszy się do bielizny wskoczył do krynicy i pływał przez kilkanaście minut żabką.
- Wskakuj Rysiu! Woda jest fantastyczna.
- Nie mogę. Wiesz, że koty nie znoszą kąpieli w wodzie.
- A to żałuj.
- Żałuje więc.
Po chwili słychać było tylko plusk kumaka i ... I więcej nic. Może poza brzęczeniem kolorowych  muszek, zielonej, niebieskiej, czerwonej i żółtej oraz słabym siorbaniem Ryszarda. Chytrus zrobił  sobie z liścia kubeczek, a z małego bambusa słomkę.
- Wiesz Franku ... - zastanawiał się na głos drapieżnik. - Musimy sobie jakoś zabezpieczyć zapas  świeżej wody.
- Może zrobimy rurociąg. - zażartował z wody Franek.
- To nie jest taki zły pomysł. Źródło jest przecież wyżej niż morze.

Some minuted later... (Two years later :) jak na filmie).

- Franku otrzyj mi czoło. - zapodał ryś. Czoło miał sperlone potem.
Franek podbiegł z chusteczką na której rogu widniał monogram KF wyszyty złotymi nićmi. Ryszard w  tym samym czasie dwoma łapami trzymającymi słynny scyzoryk (Soplicy:) kumaczy przecinał rurki  bambusie na rurki wodociągowe. Nie obyło się bez nieporozumień i krzyków.
W czasie, gdy powstawał akwedukt mewy nie krążyły nad naszymi bohaterami. Siedziały sobie  spokojnie na gałęzi palmy daktylowej i parafrazowały, przyglądając się z zachwytem ruchom piły  scyzorykowej, dialog z "Gdzie jest Nemo" (mój, mój):
- Moja.
- Twoja.
- Moja.
- Twoja.
Ryś niespodziewanie zaczął nerwowo przechadzać się w tą i z powrotem i machał rękoma.
- Nie! Nic z tego nie będzie! - krzyknął. Przecinał właśnie tęgiego bambusa, a piła scyzorykowa  miała już pół centymetra grubości i była już zupełnie tępa.
- Spróbuj jeszcze Rysiu! Zostało jeszcze kilka centymetrów.
- Robię to wyłącznie dla ciebie.
I udało się przeciąć większą część. Resztę razem nadłamali. Szczeliny uszczelnili (to chyba nie  jest oksymoron:) mchem i powstał całkiem zgrabny rurociąg.
Kumak odetkał wylot rury z którego najpierw poleciała brudno-ziemista ciecz a po chwili  krystalicznie czysta woda. Nabrał wody w błoniaste kończyny i zaczął pić.
- Rysiu! Ta woda jest pyszna! - powiedział zadowolony z siebie Kumak. Przecież to był jego i  wyłącznie jego pomysł.
- Istotnie Franku. To był doskonały projekt. Jestem ci winien przeprosiny. - I tu skłonił się  nisko żabie, bo żaba też była niska.
Kumak uśmiechnął się ukradkiem od jednego kłykcie potylicznego do drugiego.
Było już późne popołudnie. Mewy co sobie siedziały na palmie kokosowej, gdzieś poleciały na żer.
- Wiesz co? - odezwała się cętkowana postać, strzygąc cętkowanymi uszkami. - Jestem głodny.
- Zostało jeszcze trochę kawioru i c2h5oh. - uśmiechnął się płaz.
Ryś włożył łapę do buzi i wymownym gestem pokazał jaką ma ochotę na te właśnie wiktuały: - Ja  dziękuję, nie chcę.
- A jaki masz pomysł?
- Zdaje się, że głębiej powinny rosnąć poziomki i dzikie kiszone ogórki (sielanka:) wszystko  czego potrzebują rośnie w pobliżu).
Zupełnie jakby z innego końca bajki pojawił się Rohatyniec Nosorożec.
- Hola! Panowie! Budowanie wodociągów bez stosownego zezwolenia jest wzbronione pod karą grzywy i  paragrafem 2 Kodeksu Kornego Króla Puszczy Bonifacego III. Jestem funkcjonariuszem Straży Leśnej  i proszę o okazanie zezwolenia. Jeśli takiego nie posiadacie już wyjmuję służbową krótkofalówkę i  wzywam wszystkie jednostki.
- A to pan. Pomagaliśmy panu przy unieszkodliwieniu Tego Czarciego Chwosta Którego Imię Zakazano  Wypowiadać W Lesie Na Głos.
- Proszę o okazania stosownych dokumentów. Jeśli takich nie posiadacie już wyjmuję służbową  krótkofalówkę ... - Nie dokończył jednak, gdyż kumak swoim słynnym lobem obezwładnił mundurowego  (który de facto nie nosił munduru tylko chitynową zbroję:). Ofiara została związana grubą lianą i  zakneblowana owocem kneblowca (Clebnoae clebnotis).
- Co my z nim zrobimy Franku?
- Chyba powinniśmy zażądać okupu.
- I helikoptera na najbliższe lotnisko.
- A tego okupu to z milion dolarów.
- Nie raczej pięć.
- Doskonały pomysł. - Po czym uśmiechnęli się chytrze. Ryś zaś zaczął bawić się resztką  Frankowego scyzoryka.
Chrząszcz zaczął się ostro szamotać i mruczeć coś pod nosem (którego tak na prawdę nie miał).
- Co pan mówi? - zagadnął kot.
- Muhumuhumuhu.
- Że co, że się pan zgubił?
- Mhy. I muhumuhumuhu.
- ... płynął pan statkiem i zaatakowali go piraci?
- Myhy. Muhumuhumuhu.
- ... i nie wie pan gdzie dokładnie jest?
- To po co ta afera ze Strażą Leśną?
- Mhy. Muhumuhumuhu.
- Dla żartu? Uż ty ... (Ryś użył słów całkowicie niecenzuralnych, pozbawionych jakiegoś  logicznego sensu i dotyczących nieżyjących i żyjących krewnych Rohatyńca:).
- Czekaj Rysiu! Oszczędź tą @. On się jeszcze może przydać. - Kumak podszedł do jeńca i odsłonił  mu aparat gadająco-gryzący. Nosorożec z głośnym jękiem nabrał powietrza przez płucotchawki. - Co  użytecznego masz w kieszeniach, co może się nam przydać?
- Mam wnyk na myszy... - zaczął pojedynczo wyjmować przedmioty ukryte w kieszeniach. Pokazał  pułapkę na myszy. - ... kłębek drutu miedzianego zwędzonego z wędzarki u Dzięciołów Kowalskich  ups, dwa odważniki jednokilowe, saszetkę cukru, dwadzieścia centymetrów kwadratowych styropianu,  cztery małe gwoździki, pergamin i zaświadczenie o odbyciu szkolenia dotyczącego znajomości  przepisów bhp.
- To za mało. Musisz mieć coś rewelacyjnego.
- Mam! - wrzasnął. - Zapalniczkę.
- To ty palisz. Musisz też mieć papierosy.
- Palę, ale się nie zaciągam. - Jak prawdziwy iluzjonista zrzucił więzy, wyjął paczkę Cameli i  rzucił w stronę Kumaka i rzucił się do ucieczki. Ryś rzucił mu kłodę pod nogi (właściwie to był  konar wyrzucony przez morze), tamten się potknął i upadł.
Nasi bohaterowie wnet go dopadli i związali tak, że spod lian wystawały tylko ręce i głowa  "jeńca". Nie dość "czarny charakter" został przywiązany owymi lianami do palmy kokosowej.
Ryś wziął papierosy. Poczęstował Kumaka, sam też sięgnął po jedną sztukę tytoniu. Zapalił oba  papierosy. Postacie zaciągnęły się dymem by (...) po chwili.
- Obrzydlistwo. Khy khy. Jak można to palić.
- Wchtwkhykhyaśnie. - kontynuowała żaba.
Kaszlali tak jakiś czas. Kumak zmienił kolor na lekko-niebieski (jak samiec żaby trawnej:).
- Wiem co może się wam przydać! - wrzasnął spętany Rohatyniec.
- Co? - zapytał krótko Franciszek. - Wal.
- Mam wiedzę.
- O czym ty możesz mieć wiedzę?
- Wiem o skarbie.
- Skarbie co ty pleciesz?!
- Rozwiążcie mnie to wam pokaże.
- Już cię raz rozwiązaliśmy. - z przekąsem zauważył ryś.
- Właśnie! - dodał kumak.
- Możecie mi rozwiązać nogi, a pozostałe więzy wzmocnić drutem.
- Czy ty przypadkiem czegoś nie kombinujesz? Hę!
- No co wy chłopaki. Przecież przeżyliśmy wspaniałą przygodę w Wąwozie Zbója.
- O! Pamięć ci wraca.
- Wiesz Rysiu, nie możemy mu zaufać, ale to co mówi brzmi sensownie. Wcale nie jest nam potrzebny  skarb acz jego poszukiwanie może urozmaicić nasze popołudnie.
- Ewiwa adwenture! - dodał rozmówca Rysia, który jako poliglota znał jeszcze francuski bobrzy  (całkiem dobrze) i angielski międzyzielski pająkowy w odmianie chrabąszczowej.
- No to do dzieła!
- Do dzieła więc!

Delikatnie opletli drutem liany splatające ciasno funkcjonariusza Straży Leśnej, następnie  sporządzili lasso podobnego patentu (był to pomysł kumaka:), które zostało włożone chrząszczowi  na głowę, następnie rozwiązali mu dwie ostatnie nogi do wysokości kolan.
- Prowadź waść! - ogłosił Ryś.
- Ale ja nie mogę chodzić! - jęknął.
- Możesz, możesz ale nie chcesz. - podnieśli go do góry i postawili na dwóch najtylniejszych  nogach. - Nie możesz tylko uciekać. - dodał z triumfem w głosie.
I poszli w egzotyczną knieję. W śmiejące się lemingi, małpy zajadające bananami, papugi kolorowe  wygadujące dziwactwa najpewniej po bronholmsku. Kolory syciły oczy, zapachy pobudzały wytwarzanie  soków trawiennych. Podróż uprzykrzały jedynie moskity, które rozganiał chłodny podmuch  popołudniowego wietrzyka.
Błotnista ścieżka wiodła pośród wielobarwnych okazów flory, fauny i królestwa grzybów. Z  grzybów, przez uchylone okiennice, wyłaniały się uśmiechnięte postacie krasnali ogrodowych  przesiedlonych przez Francuskie Towarzystwo Uwalniania Krasnali Ogrodowych. Machali przyjaźnie  przechodniom i powracali do swoich zajęć (np. czyszczenia garnków popiołem, podmieniania dzieci w  kołyskach, zaplatania końskich grzyw, czy innych lilipucich czynności).
Zaczął padać leniwy ciepły deszczyk.
- Biegnijmy! - krzyknął Orycetes. - Rozwiążcie mi nogi, zaraz będzie oberwanie chmury.
- Rysiu! On blefuje!
Podeszli jeszcze parę kroków i leniwy deszczyk zmienił się w regularną ulewę a za chwilę  zamienił knieję w ścianę wody.
Kumak po omacku otworzył mikrokombinerki ze scyzoryka i przeciął drutolianę główną krępującą  Nosorożca. Roztropnie pozostawił akranolianę.
- Prowadź konusie!
Pobiegli, pognali w niewiadome, niewidome, bowiem nic nie było widać. Co jakiś czas Kumak  wdeptywał na gałęzie leżące obok ścieżki, Ryś też wdeptywał bo był się trzymał ramienia Franka i  biegł w nicość. Kumak podskakiwał, za nim profilaktycznie podskakiwał Ryszard a całość  wyglądałaby przekomicznie, gdyby z boku było coś widać.
Po kilkunastu minutach zatrzymali się w miejscu chłodniejszym, czarniejszym (było tam widać  kolory:) i przede wszystkim suchym. (Mnie przez całą drogę zastanawiało jak Rohatyńcowi przez  deszcz udało się odnaleźć drogę, ale pozostawmy to w sferze niewyjaśnionych tajemnic "konusa" -  uzdrowiciela Rohatyńca zwanego tu i ówdzie Zbyszkiem:).
- Dotarliśmy! Jesteśmy uratowani. - dodał już nieco ciszej zapętlony w lianę przewodnik.
- Czy jest tu coś do jedzenia? - bez pardonu zapytał Ryś.
- E.. M.. Jakby to powiedzieć. Ostatnim razem zapomniałem tu podróżnego chlebaka z sucharami. -  bohaterowie skrzywili się z niesmakiem. - Ale przy jaskini rosło olbrzymie drzewo melonowca. - tu  zerknął na drapieżnika (który był wegetarianinem) i płaza, a ci krzywili się jeszcze bardziej. -  Zapraszam na kolację.
Ryś energicznie chrupał w skupieniu i namaszczeniu suche suchary, Franek wystawiał je w ciekłą  przestrzeń za wyjściem jaskini i wzbogacał w H2O.
- Rysiu, a może to jest wodospad? Widziałem takie na filmie.
- Nie, to ulewa. - odpowiedział Nosorożec, nie spytawszy, czy wolno mu zabrać głos.
Nasi bohaterowie, jakby zapomniawszy o nim, spojrzeli na niespodziewanego interlokutora, który  spuścił głowę i dalej smarował suchara dżemem truskawkowym.
- O ty łachudro! - rzekł jak zwykle bezpardonowo drapieżnik. - Ty mewo wstrętna, szyjo nie myta.  Skąd wziąłeś powidła!? Odpowiadaj natychmiast.
- Noo.. Bo.. wypadły z chlebaka na ziemię i żeby nie zginęły pchnąłem je nogą pod ścianę.
- Oddawaj natychmiast! A może ty jeszcze coś tam ukrywasz? Co?
- Ja. Nic. Tam nic nie ma.
Ryś pomimo zapewnień "owada:)" odsunął go od skały zamaszystym gestem, gdzie ze zdziwieniem  odkrył nieźle zaopatrzoną spiżarnię. A były tam: chleb, masło, dżemy, parówki sojowe, naleśniki z  powidłami, garść chipsów czosnkowych, serek tofu oraz kilka butelek kolorowych napoi.
- To smacznego żabo!
- Smacznego kocie!
Pochłonęli jedzenie, które wystarczyłoby na kilka dni, w kilkanaście minut, aż tak się najedli,  że po chwili usnęli.

W międzyczasie nastał kolejny, rozpromieniony słońcem i śpiewem ptaków, dzień. Poranek wkradał  się, do mniejszej niż się wczoraj wydawało, jaskini. W odgłosach lasu dominowały piski małp i  skrzekot papug powtarzających słowo na k.
- Gdzie on się podział? - zapytał pocierając zaspane oczy Ryś.
- Nie wiem. Patrz tam jest otwarta skrzynia. Zabrał skarb i zwiał.
Ryś podszedł do kufra i zajrzał do środka. - Franku, szybko, chodź, popatrz.
Kumak podszedł, po czym nastąpił lodowaty przeciąg i stali w uchylonej studzience kanalizacyjnej  na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskiej w Warszawie.
- Co za koszmar.
- No! Patrz co robi ten łachudra.
Rohatyniec Nosorożec stał na środku, ubrany w równo przycięty niebieski mundur, białe rękawiczki  i dyrygował ruchem ulicznym.
- To chyba nie nasza bajka.
- Zdecydowanie. Wracamy!
Wrócili tą samą drogą. Zostało im jeszcze trochę drutu, którym mocno opletli trefną skrzynkę. Na  wierzch dla pewności, że żadne świństwo stamtąd nie wylezie, nawrzucali pół tony kamieni.
Kilka metrów dalej stał drugi kufer.
- Patrz Rysiu! Drugi kufer.
- Zajrzymy do niego?
- Nie wiem. Nie jestem pewien. Może jedno paskudztwo dziennie wystarczy? Co?
- Nie ma w tobie choćby krzty odwagi. - powiedział kotowaty i wskoczywszy zniknął.
- Rysiu! Ryszardzie zaczekaj na mię! - krzyknął Kumak.
I w ten sposób rozpoczęła się następna część przygody, w której po sennych uliczkach, przy   których rosły lipy Tilia cordata i klony Acer sacharinum, których krawężniki były pomalowane   wapnem na kolor żółty, jeździły luksusowe, długie limuzyny.
Ulicą, trzymając się za ręce, szło starsze małżeństwo. On na oko siedemdziesiąt pięć, ona   pięćdziesiąt sześć. Do uszu naszych bohaterów dotarł strzęp rozmowy.
- Blejk, po co sprzedawałeś akcje Denwer Karinkton?
- Nie martw się Aleksis, w ciągu kilku dni stanieją to je odkupimy, jak zdrożeją znów je   sprzedamy. W ten sposób będziemy bogaci.
Puszczański tygrys wraz z ropuchą nizinną ukryli się w krzaku berberysu pospolitego (Berberis   vulgaris). Tam zamieszkiwał stary, poczciwy Banshe, świecący w chwilach przejęcia na niebiesko.
Banshe, przedstawiciel najstarszych niziołków, nie z jednego pieca jadał już chleb (i często go   bolał brzuch:) miał na imię Stasio i znany był ze swojego wścibstwa. Znał wszystkie najświeższe   plotki.
- Cześć Stasiu! - z kszeptu w szept przeszedł Ryś. - Co ty tu robisz?
- Podróżuję. - odrzekł telepatycznie. Bansche są strzępkiem energii i nie mają wykształconego   układu rozmówniczego. Brak ten w żaden sposób nie przeszkadzał pogawędce.
- No kopę lat! Znów ktoś Cię interesuje agencie (CIA)? - zapytał szyfrem podlaski leopard.
- Niepokoją mnie państwo Karinktony co się tu niedaleko kręcą.
- A to my nie przeszkadzamy. - i włączyli się, w zerowy o tej porze dnia, ruch chodnikowo -   pieszy udając parę zakochanych (A fuj! Żeby baba z babą? Cyt. "Sex-Misia". Żaba z żabą? Hm.:)   idącą w przeciwnym, przedziwnym kierunku.
Na latarniach o dziwo siedziały mewy wyciągając szyje w kierunku okrągłego jak salceson   księżyca, a gwiazdy jak skwarki w zupie mrugały na czarnym jak (Michael Jackson:) Bill Cosby   nieboskłonie (patrz jak romantycznie:).
Nad blokami widniał wielki neon 3?PABCTBY?TE B ??HB?P.
- Rysiu, to chyba po grecku.
- Nie znam greckiego. Musimy porozmawiać...
- Ale ci Karinktony to mówili całkiem zrozumiale, a i Banshe był zrozumiały...
- Stasiek to myślał do nas, a tych dwoje, nie wiem, może są z naszych stron...
- Nie ważne.
Po chwili na chodniku pojawiła się znajoma postać. Znajoma. Nie zupełnie. Można ją było kiedyś   zobaczyć w telewizji kablowej "Uno Cable" emitującej popularne programy rozrywkowe i pamiętne   seriale. Na przykład oglądany z powodzeniem od czterech lat "Domek na peryferiach".
- To musi być Michael London. Rysiu patrz.
Spojrzeli zdumieni. To musiał być on. No, bo jeśli nie on to ktoś do niego łudząco podobny.
Ryś nie tracił rezonu. Podszedł do postaci i poprosił o autograf:
- Hej Ser, ken you autograf?
- Szto wy gaworicie? Czto choczecie? Autograf? Bitte.
- Ja nie maju karandasza ani bumagi.
Postać wyjęła z kieszeni zwitek banknotów spiętych gumką recepturką. Wyjęła jeden z nich w   kolorze dolarowej zieleni i zapytała:
- Komu?
- Nu mnie i koledze, Kumakowi Franciszkowi i Rysiowi Rysiu na wieczną pamiątkę.
Nie minęła chwila i byli w posiadaniu jednego pieniądza stąd z podpisem słynnego aktora.
- Popatrz Rysiu, otwarty kiosk.
- No i...
- Mamy sto amerykańskich rubli.
- Zdaje mi się, że ruble są w zupełnie innym państwie.
- W jakim? - interesował się Franek.
- Na Białorusi.
- Nie rozumiem, przecież to jest Denwer, przed chwilą rozmawialiśmy z Michaelem Londonem.
- Franku, tu się dzieje coś dziwnego. Denwer było napisane cyrylicą (rysiowi z zcasów podstawówki  przypomniało się trochę wschodniego alfabetu), a Michael London to wtedy,  jeśli dobrze pamiętam,  przedstawił się jako Majkel Londyn. Pokaż ten pieniądz.
Kumak przedstawił walutę Rysiowi.
- Przyjrzyj się. - wskazał na osobę umieszczoną na banknocie. - To jest ten koleś co nam dawał   autograf. - I rzeczywiście na bonie pieniężnym widniał napis "mnie i koledze, Kumakowi   Franciszkowi i Rysiowi Rysiu na wieczną pamiątkę Majkel Londyn".
- Nie podoba mi się to wszystko.
Na horyzoncie pojawiły się dwa świetliste punkty. W zawrotnej szybkości punkty zbliżyły się   pokazując do jakiego, najnowszego ferrari, należały i znikły tak prędko, że nasi bohaterowie  nie  zdążyli przeczytać numerów rejestracyjnych. Jednak kumak z wielkim trudem zauważył litery BY   pośród czerwonego bezkształtu pędzącej wyścigówki zmąconego cieczą z błotnistej kałuży.
- Rysiu to chyba Mal Gibsen?
- Franku, musiało ci się zdawać. A dlaczego ty jesteś piegowaty? Wcześniej nie byłeś.
- Ty też jesteś piegowaty. Wiesz, bardzo ładnie piegi kontrastują ci się z cętkami.
- Zastanawiające. Myślę, że możemy złożyć to na karb tego magicznego dnia.
- Chyba tak, był bardzo czarodziejski.
Po woli zaczęły zapadać egipskie ciemności (oczywiście to nie był Egipt:) tak sobie pozwoliłem   przenieść:). Pogasły lampy, a mrok wokół rozpraszały pojedyncze, palące się okna bloków i skąpe   neony światowych firm. Nazw firm nie będę wymieniał nie chcąc robić krypto reklamy:). Po niebie   zaś, niczym liście ze starego klonu jesienią, rozleciały się gacki wielkouchy.
- Rysiu, ściemnia się! - kszepnął kumak.
- Co? E tak... - odparł ten nie zastanawiając się nad pytaniem i dalej wpatrywał się w niebieski   neon z napisem "?????". Język wystawał mu z ust, w ich kącikach ślina z uporem maniaka tworzyła   strumyk kończący się wodospadem. Oczy były mętne i dalekie.
- Rysiu, co się dzieje!!! - wrzasnął płaz.
Ryś w tym samym czasie był zupełnie gdzie indziej. Podświadoma linia melodyczna reklamy   opowiadała mu o dalekich krajach, które odwiedzi, o pięknych kobietach, pysznym jedzeniu i innych   atrakcjach ... jeśli zostanie tajnym agentem w służbach Jej Królewskiej Mości Wszechbiałoruskiej   Anastazji P. Poukrywane wszędzie spryskiwacze na zasadzie dyfuzji wzbogacały powietrze w środek   halucynogenno - zapachowy.
- Au! (to było Au jak złoto:) Ale miałem sen... - krzyknął na niespodziewany atak Kumaka. - ...   śniło mi się, że ... jeśli zostaniesz z nami czeka cię wspaniała przyszłość... - kontynuował spod   przymkniętych oczu werbunkową mantrę.
- Au! Au! Au! – po wielokroć powtarzał drapieżnik a płaz ciągnął go za łapę w kierunku położonym o   stoosiemsziesiątstopni do halucynacji. - Co mnie ciągniesz pachołku zachodnich mocarstw.
Kumak był zdecydowany i ciągnął go parę set metrów i okładał błoniastą kończyną po kudłatym   policzku i po plecach. W końcu zawlókł go pod czerwony hydrant i puścił na głowę zimną, lodowatą   głowę.
- Gdzie ja jestem? Co się dzieje! Franku, co ty robisz?
Ostatnie słowa kumak potraktował jako potwierdzenie rysiowego obudzenia.
- Rysiu! Musimy stąd spieprzać. Tu dzieje się coś dziwnego.
Kot przetarł futro na głowie. Wzdrygnął się z obrzydzeniem poczuwszy wodę i najzwyczajniej nie lubiwszy dziwactw. Dał przeto susa w zarośla co opodal rosły. A kumak za nim.
Zarośla były tak gęste, że na samym ich dnie nie było widać nic poza czarnością.
- Dobranoc Żabo!
- Dobranoc Rysiu!
Dobranoc drogi czytelniku:).

***

A co było jak się obudzili? Gdzie znów spotkali Rohatyńca Nosorożca? W jaką aferę wplątał się   Jeleń Hubert? Ile kosztuje bimber u wujka Bobra? Tego dowiecie się...

***

...A dlaczego nie za chwilę? Właśnie!
Krzaczory przylegały z jednej strony do parku miejskiego, gdzie co rano, rzadko z resztą,   biegali sportowcy w dresach z trzema, czterema, przyjmijmy że tych pasków było n+1. Niektórzy ze   sportowców, nieco otyli, o dużych rumianych obliczach i kwaśnych oddechach, leżeli zmęczeni   wysiłkiem na ławkach. Słowo daję, sportowców nie przypominali. Być może to byli sztangiści? :).
W powietrzu unosił się zapach palonego plastiku. W koronie pobliskiej topoli berlińskiej   (Populus berliniana) trzeszczał dzięcioł krętogłów.
Po przegarnięciu tych najgęstszych gałęzi z prawej strony można było dostrzec alejkę, którą szli   wczoraj. Wyglądała nieco mniej romantycznie niż o zmroku. Było na niej dużo śmieci. Drzewa   upstrzone były ogłoszeniami różnej maści w dziwnym języku ze zrozumiałymi hasłami typu "OCH!,   ACH! 0-700 00...". Na wprost stał biały, dwupiętrowy budynek. Wyglądał bardzo porządnie, a trawa  i drzewa wokół niego były starannie wypielęgnowane.


Na budynku powiewała biało czerwona flaga.
- Rysiu! To ambasada Polski.
- Wreszcie dowiemy się gdzie jesteśmy.
- Idziemy?
- Idziemy.
I poszli. W pośpiechu mijali stojące w zasiekach czołgi i żołnierzy bawiących się karabinami.  Żołnierze zapatrzeni byli w zupełnie inną stonę i dopiero w momencie w którym nasi podróżnicy  dotarli do bramy polskich dyplomatów zaczęli strzelać.
- Ale mieliśmy fuksa. Co Rysiu?
- Chyba tak.
Po naciśnięciu zielonego przycisku domofonu z głośnika dobył się nosowy głos:
- Kto, komu? - zapytał w całkiem nowym przypadku głos z muru.
- My Polaki, nas goniat. - chórem odpowiedzieli przybysze. Po czym jeden z nich, ten niższy i  pstrokaty zanucił. - Nas nie dogoniat. - w momencie w którym przestał nucić dostał kuksańca od  tego wyższego z pędzelkami na uszach.
- Proszę wejść. - odpowiedział interlokutor w głośniku po polsku. I weszli.

***

W ogrodzie było tak pięknie jak w przysłowiowym Edenie. Wysoki żywopłot z jałowca w odmianie  Philadelphus całkowicie zasłaniał widok na plac i drogę, a pozostałe elementy zagospodarowania  przestrzennego: rododendrony, tawuły, berberysy, azalia i anemone nemorosa (o dziwo kwitnący pod  koniec sierpnia) tworzyły niezapomnianą kompozycję, która w swej doskonałości budziła niepokój  kumaka.
- Tu jest jakoś dziwnie. Ta trawa jest położona z rolki nie dalej jak wczoraj, tak jak i  pozostałe rośliny rosną tu od niedawna. - kszepnął płaz.

Całe zajście było bacznie obserwowane przez urzędników i kiedy wartownik pytał o dokumenty z  budynku wyskoczył tęgi jegomość w czarnym surducie. Głowę dyplomaty wieńczyły dwa ostre rogi.
- Witam panów. Mniemam, że są Panowie obywatelami Rzeczpospolitej Polski. - zapytał barczysty  żubr.
- Skąd pan wie? - zagadnął przyjaźnie Kumak.
- Nikt inny w takich okolicznościach do nas nie trafia. Wiedzą Panowie, że właśnie trwają  pierwsze wolne wybory na prezydenta Białorusi.
- To nowość. - odpowiedział Ryś, znał się trochę na polityce, a słowa "wolne wybory" i "Białoruś"  jakoś do siebie nie pasowały. - Wolne?
- Tak wolne, bo trwają już trzy dni i nic nie zapowiada ich końca.
Tu ryś i żaba uśmiechnęli się serdecznie. Byli więc na Białorusi.
Zostali zaprowadzeni bezpośrednio do kierownika jednostki Ambasadora Chomika II Uśmiechniętego.
Otworzyły się drzwi a oczom ich ukazał się bardzo ładnie urządzony gabinet na którego nie leżał  gruby, kolorowy dywan. Ściany były zabudowane regałami z ręcznie oprawionymi książkami. W głębi  stało olbrzymie dębowe biurko.
- Co panów sprowadza? Dzień Dobry! - zagadnął ów przy samych drzwiach i uśmiechnął się.
- To dość długa historia. - odparł drapieżnik.
- Rzeczpospolita nigdy nie miała prostych i jasnych historii. Posłucham. - uśmiechała się  nieprzerwanie dalej.
Cała opowieść trwała trzy godziny. Ryszard opowiadał gestykulując, co jakiś czas wstawał i  pokazywał odległości i rozmiary przygody. Franek sobie też to przypominał, zapadał się w fotel i  ze strachu zasłaniał oczyska łapami. Chomik co jakiś czas również z przerażenia zasłaniał  łapkami oczy, jednakże spod górnych kończyn gryzonia wystawał jednostajny, pogodny nad wyraz  pyszczek, podobny do mordki Kota z Cheshire w Alicji w Krainie Czarów.
- Więc (od którego oczywiście zdania nie należy zaczynać, lecz precz z konwenansami:), nie  pozostaje mi zaoferować współpracę dla szanownych panów w służbie Jego Wysokości Króla Puszczy. -  Ryś i Kumak zaczęli zapewniać, że im zależy raczej na powrocie do kraju i tzw. świętym spokoju.  Jednakże chomik zaproponował dużo pieniędzy, usprawiedliwienie do szkoły na dwa miesiące i  darmowy pobyt w dowolnym Ośrodku Wypoczynkowym Prezesa Rady Ministrów kiedykolwiek.
Nie mogli nie przystać na taką ofertę. Gdyby nawet chcieli, gryzoń miał zachomikowanych jeszcze  kilka niespodzianek.
- Bo wiecie Franku i Rysiu ... - podczas negocjacji postanowili mówić sobie per "ty". Ambasador  miał na imię Ambroży. - ... Rzeczpospolita Puszczańska jest w niebezpieczeństwie. Coś dziwnego  dzieje się w Fabryce Azotowej na Wyspie Kamieniuckiej. Mamy dane by przypuszczać, że nasi  sąsiedzi budują bombę azotową. Chcą żeby korony drzew w Rzeczpospolitej rozrosły się tak, że  zanikłoby zupełnie dno lasu, runo i podszyt. Wszyscy musielibyśmy uciekać na obczyznę w  poszukiwaniu jedzenia.
- To straszne. - westchnął ryś.
- Właśnie. Oto wasze zadanie: macie dostać się do hali głównej zakładów i zabezpieczyć dźwignię  rozruchową wytwornicy azotu oraz zmienić kody startowe i cele głowic azotowych.
- Nie wiemy jak to zrobić, - rzekł kumak rozkładając błoniaste kończyny przednie.
- Nie mamy odpowiedniego przeszkolenia. - dołączył do żali Ryś.
- Nie szkodzi. Przeszkolimy was w ekspresowym tempie. - następnie wcisnął złotą temperówkę  znajdującą się na biurku. Z prawej strony rozsunęły się dwie półki ukazując schody do dołu, do  piwnicy.
Chomik nie mógł chwycić, kumak skakał, ale też nie sięgnął, za to rysiowi udało się wyjąć z  uchwytu zapaloną pochodnię.
Z przestrzeni nadschodowej w kierunku pochodni dmuchnęło, nieco nieświeże, powietrze. Pachniało  podobnie do kilkudniowych, gotowanych jajek. Chomik uśmiechnął się tak bardzo, że gdyby uśmiech  miał o milimetr szerszy to okalałby całą głowę (jak w "Miasteczku Soudpark" u Kanadyjczyków:).  Oczka jakoś tak śmiesznie spłaszczył i rzekł:
- To nasza tajna broń przeciw tyranii i spiskowi.
- Aha. - niemal jednocześnie odpowiedzieli główni bohaterowi tego bestselera. Brakowało w owym  "aha" jakby pewności.
Poruszanie się w dół dołu trwało jeszcze jakiś czas, pochodnia spaliła się prawie do końca.  kumak spostrzegł napis na ścianie" "Tu byłem. Wiśniewski." Po czym wskazał ó tekst swojemu  wyższemu towarzyszowi.
- Nasi tu byli. - odpowiedział w kszepcie postaci z dużymi oczami.
Płomień pochodni przestał już tańczyć na scenie złudzeń kamiennej ściany lochu i zgasł.
- Blin! - skomentował, unosząc głos, chomik. ("Blin" - po polsku znaczy "kurde":).
Ciemność po kilku metrach nieco jaśniała ukazując rząd (ani Białoruski, ani też Rzeczpospolitej)  kolorowych, mrugających przycisków umieszczonych w maszynie z dziurą po środku.

C.d.n.

Szukaj

Logowanie