Strona główna

Nie wszystko warto czytać. 
/Autor (to brzmu dumnie:) 

*** 
"Mroczna historyjka o kapciach, starym smoku oraz glupim ogrodniku" 

Hulk podszedl do okna i odgarnal zakurzone zaslony. Przez szpare 
przedarly sie zlociste plomyki slonca i zawirowaly z kurzem w 
powietrzu. Martwe muchy pokrywaly caly parapet a resztki roslin 
smazyly sie w popoludniowym upale. Mruzac oczy zsunal je spowrotem. 
Przez dziurawe draperie przenikaly jeszcze niedopalki promieni. 
Sluchac bylo konajace stworzenia i czuc smrod niemytych od wielu 
lat stop. Hulk podobno, jak kaze obyczaj korsarski, wogole nie 
zdejmowal butow. 
-Sluchaj John. - powiedzial, wlasciwie cedzil przez zacisniete 
zeby. - Wrak napewno tam jest, wystarczy spuscic wode i pogrzebac 
w lisciach. 
Tu jego ponure oblicze przecial usmiech, doslownie przecial, 
usmiechal sie tylko wtedy, gdy mogl zrobic komus swinskiego 
psikusa (swinski psikus - lac. Impodicus psikus roslina z 
poludniowej Afryki, zasiegiem obejmuje brzegi rzek i jezior. 
Jedyne stanowisko zanotowano w Ougodougou w Gornej Wolcie. 
"Robic swinski psikus" - znaczy "wykrecic komus numer". Roslina 
jest podobna do ogona swini domowej - Sus domesticus (tzw. 
sprezynki, ktory po lekkim skreceniu wyglada jak arabska dwojka.) 
lub wtedy kiedy mogl zarobic pieniadze. Szelmowsko sie usmiechal 
i nieprzyzwoicie slinil. 
-Hulk! Czys ty spadl z grzbietu smoka morskiego, nie znajdziemy 
statku w gliniankach!? 
-Zaufaj mi. - szepnal, po czym zagryzl warge, podlubal w nosie, 
lypnal okiem i splunal zolcia przez zeby (rowniez zolte od 
czestego spluwania). - Jakem stary wilk morski! - i tu zawyl, 
bylo to gorne C, lecz calosc do zludzenia przypominala stara 
wadere. 
-Staw nie ma nawet czterech metrow szrokosci, a ty chcesz w nim 
zmiescic statek? 
-Tylko z gory jest wezszy, kiedy z Dlugim Jopem i Jakala 
chowalismy go, specjalnie okrylismy darnia brzegi, lecz po 
jakims czasie wylala rzeka i naniosla sporo swiezego mulu 
i pograzyla wrak. 
-Taaak..., masz moze mape na ktorej zaznaczyles staw? 
-Mam ja w glowie he he he he he he. - zaniosl sie smiechem, co 
bylo jeszcze dziwniejsze. Ostatnim razem jak zaniosl sie 
smiechem byl na morzu. 
/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\ 
Szalala ogromna nawalnica, fale unosily mala krype i rzucaly nia w  
||~~~~S   roznych kierunkach. Choroba morska? Trudno 
||~~~~   bylo mowic o chorobie morskiej. Lodz 
|    ||\   pokryta byla wymiocinami jak tort weselny 
/|     || \  lukrem. Sliski od wody poklad byl podwojnie 
/ |     ||  \  niebezpieczny. Czuwali tylko sternik i 
/  |     ||   \  kapitan (Hulk). 
/   |     ||     \  Ciekawostka moze byc to, ze tylko oni 
/__ |     ||_____\  dwaj ocaleli. Dowiedzialem sie tez 
____|___||__________    pozniej od sternika,  
\SANTA                    / | ze kapitan podobno  
\                           /   |    |___ nie zwrocil falom posilku. 
\8_______________/     |        | Tak wiec ci dwaj 
*8** ****                        ___| ** pozostali na strazy.

** 8 ** ** ** **      Reszta zalogi  
** 8 **** ****         ukryla sie w kajutach 
8                      i cierpiala samotnie. 
8                     To juz dziewiaty dzien przez ktory 
8                     zywioly niosly ta kupe desek 
8                     w sina dal. Trudno bylo ustalic 
8                     kierunek, przyrzady zwialo na 
8                     samym poczatku ulewy. 
8              _______         Majtek nawet nie mogl wciagnac 
8 _M_M__/_ P       \ / |   jak sie udal na strone. 
8   W W    \_______/\  |   Przez chmury raz zobaczono 
8                          gwiazde polarna, lub moze to byl 
8                refleks od lampy pomylony w 
8 _             pijackim transie z gwiazda. 
||_|                 Statek plynal prawdopodobnie 
|| na zachod w niezmierzona kraine 
/| || |\ do ktorej nawet wprawni Wikingowie 
\_II_/ bali sie zapuszczac. 
W drugim tygodniu choroba ustala, 
lub mowiac precyzyjniej nie bylo juz czego powierzyc Posejdonowi. 
Po zjedzeniu skorzanych butow zjadano szczury, karaluchy, 
skrobano z pokladu "resztki choroby", pozniej czesc ludzi pomarla 
z wycieczenia i ich rowniez zjedzono. 
Statek wygladal jak obrazek z Katalogu Przypadkow Drastycznych 
niejakiego Downsa Twistecka, ktora Hulk ogladal w porcie Memlok 
na Manilii. Nie mial zagli, maszty polamane w dziesieciu miejscach, 
na sterburcie widoczna dziura wielkosci piesci przez ktora 
wskakiwaly na zeze,a pozniej na kil ryby. :) 
................................................................. 
Obudzil ich leciutki wietrzyk, dalekie piski mew mowily o tym, 
ze lad jest blisko. Jasno blekitne niebo przeslanial tylko 
malutki Cumulus. 
Hulk sie przeciagnal i przetarl zmeczone oczy. Przegonil 
gruba wesz z ramienia 
No tak. - pomyslal. Jeszcze nie jestem ostatecznie wycieczony 
skoro sie mnie trzymaja moi przyjaciele.  
Zlapal druga i z apetytem ja schrupal. 
Z zalogi pozostal tylko chory sternik. Cierpial na szkorbut 
i ogolne wycieczenie z braku wody i pozywienia. Reszta ludzi 
umarla w rejsie. A co sie z nimi stalo nie wiedzial. 
Poranna cisze przerwal daleki odglos ostrzonych nozy. 
Jotua, sternik nie jedno w zyciu przeszedl i wiedzial, ze 
moze sie teraz zdarzyc nieprzyjemna niespodzianka. Slyszal 
o Hulku niestworzone rzeczy, ze to kanibal i lajdak jakich malo. 
Szuja, skapiec, szelma oraz to, ze pozyczal pieniadze na procent. 
Juz sie mial schowac w szafie, lecz wtem nagle uslyszal krzyk 
kapitana: 
- Jeessteesmyy uuraatoowaani, he he he he he bociaaan he he he 
i bocianie gniazdo he he he he he (Lamia zdejmij to paskudztwo 
bo sie udusisz:)). 
Jego smiech byl jakby cieply, nie ten szorstki jakim byl sie 
poslugiwal na codzien lub gdy wydawal rozkazy czy pieniadze, 
nie byl podobny tez to tego slynnego smie...... 
NIe ten byl radosny i pelen nadziei. 
Jotua nie mial sie czego lekac, wypelzl wiec na czworaka 
spod pokladu. 
- O! Jotua! Ty jeszcze zyjesz? Jak to mozliwe? - Tu sie zaslinil 
i puscil pawie oczko prawie. Pewnie by go zjadl zeby znalazl 
go troche wczesniej lub gdyby nie bylo tego statku (stadka) na 
horyzoncie. 
Lecz w gruncie rzeczy nie jest tak zle, dziwnie by to wygladalo 
zebym na pokladzie pozostal tylko kapitan po drugie z zakrwawiona 
buzia nie jestem zbyt przystojny. - pomyslal Hulk. 
Statek byl juz blisko. Bylo mu widac trzy zagle, kotwice, 
kolo zamachowe i zapasowe oraz ... (tu Hulk patrzy z 
niedowierzaniem, kaze sie uszczypnac, karze Jotue, ze go 
uszczypnal, patrzy po raz drugi)... piracka flage. 

[Hulk] 
W strone Jotu... (kogo? czego?). 

O zgrozo mocium panie, o inny statek plynie, 
Czyz to sen? Kiedyz on wreszcie minie? 
Dwoch piratow na jednym wiatru morzu, 
Jak dziki buszujace w zbozu. 

Akt pierwszy. 
Jotua sie rozbiera i chce skakac do wody. Hulk go powstrzymuje 
zanoszac sie szlochem i smiechem. 

Przyjacielu, dobrodzieju! Nie rob tego! 
Zostan! Druhu, bracie moj kolego! 
Jak splyniesz ja ci tego nie daruje, 
I wnet cie dopadna moje zboje. 

[Jotua] 
Ach wladco, panie, kapitanie 
Na tym okrecie pewnie dranie. 
Oni nas zjedza, albo gorzej, 
Rekinom dadza moze. 

[Hulk] 
personel 

Akt drugi 
Wbiega chor chlopiecy -->(czteroletnie maluchy)<-- w bialych 
koszulach i czarnych -->(ubrane w czarne muchy)<-- muchach z 
czerwonymi grochami. 

[Chor] 
O zgrozo, co sie stanie, 
Na drani trafili dranie. {bis} 

-Uciekajcie gowniarze. - chrzaknal rozdrazniony kiper. Nie zdazy 
sie czlowiek odwrocic a wlazi to paskudztwo na poklad. 
-Uuuuuuu! - dorzucil zlowieszczo. 
Dzieci przestraszone uciekly. Bohater glowny odrocil sie przodem 
do rozgrywajacej sie akcji. Sternik nie wiedzial co sie dzieje 
i jadl sernik. 

(STOP! Tu narrator! Co sie tam dzieje!? 
Nie jesc podczas premiery! 
[Jotua] Glodny jestem!.. Nie jadlem przeciez szmat :) 
czasu. 
[Hulk] Teee... narator! Odwal sie ty od sternika! 
[Narrator] Spokoj tam! Grac, bo inaczej zaczniemy gadac! 
Gaze wam poucinam artsty!) 

-Niech to szlag! To jeden z moich wrogow. 
Ku scislosci. Hulk nie byl lubiany przez kolegow z zawodu. 
Wlasciwie to nie mial kolegow, a nie dosc byla to nieco zbyt 
waska specjalnosc aby istnialy w niej jakiekolwiek uczucia. 
Kazdy wiec Kapitan Statku Pirackiego poczawszy od klasy 
VII nie mial zadnych przyjaciol, przy V nie znal swojej 
zalogi (dlatego tez mogl ich bezkarnie jesc), III 
nie znal litosci (bezlitosnie wyciskal pryszcze na nosie), 
I okrutny, wyrafinowany (jak olej slonecznikowy) cham, 
glosno krzyczy na zaloge, nie zna nikogo, oprocz obslugi 
statku pozostali ludzie to banda mazgai, potencjalnych 
ofiar, frajerow i wrogow. 
Z za gestej mgly z cygara wylonila sie krypa z, jak 
juz wczesniej zauwazylem, kapitan rowniez, flaga z piszczelami. 
Cala lodz pokryta byla zielonym mchem. Zywego ducha nie bylo 
widac. Nic oprocz dymu i ... prwdziwego statku. 
Pewnie cala zaloge zwial wiatr. - pomyslal kapitan. 
O rzesz k...lops! - zawtorowal jednoosobowa zaloga. To 
bryka Zepsutego Zeba, powiadaja, ze przed smiercia 
kazal Bakowi, powiernikowi (glupiemu jak obuwie) zabic wszystkich 
marynazy i samego siebie. Co nierozumny osilek wykonal. Pozniej 
Zab palil jedno cygaro za drugim wpatrzony w nieistniejaca 
przestrzen nad rufa i palil jedno cygaro za drugim. Umarl jakis 
czas pozniej na suchoty. Powiadaja, ze do tej pory blaka sie 
po statku widmo plywajacym gdzies po wodach Siedmiu Morz. 
A dusza jego nie zazna pokoju dopuki nie znajdzie gorszego 
od siebie okrutnika, ktory nie zleknie sie przebywania na 
potepionym statku i nie rzuci sie w blekitna ton oceanu. 
Tak powiadaja... 

Czy Hulk boi sie czarow? Jak wplynie przebywanie na przekletym 
statku przez naszych bohaterow? Jakie inne zagadki i niespodzianki 
czyhaja pod pokladem? Czy uda im sie dotrwac do ladu? 
Dowiecie sie w nastepnym odcinku.
*** 
Coś jakby chmury przesłaniało niebo po którym krążyły trzy brzydkie i ogromne ptaszyska. Na drzewach nie było już liści. Pojawiający się znikąd dym wił się jak wąż po ziemi. Pewnie jutro będzie padało. Jest dwunastego stycznia, Warszawa. Tu właśnie zaczniemy opowiadanie. Dlaczego zaczniemy? Być może odnajdziesz w nim swój pierwowzór. Matrycę, dzięki której potrafisz istnieć. Jeśli nie, to sorry stary, niezakosztowałeś życia. Byłeś szarą zwykłą, szablonową jednostką. 
Muzyka z radia synchronizuje się z tykaniem zegarka. Pęka szyba. Dość dziwnie pęka. Ale cóż się dzieje; przez szczelinę wpada do smutnego, zmęczonego pokoju promyk słońca. Kawałki szyby zamieniają się w dźwięk dzwoneczków. Rama znika z trzaskiem. 
Chmur wcale nie było! Słoneczko świeci! To przed oknem to tylko imitacja. Jestem na dworze. Wszystko cudownie kwitnie. Ptaszki ćwierkają. Jest cieplutko. Siadam na ławeczce w cieniu. Pstrykam palcami i w prawej ręce pojawia się moja ulubiona książka, którą czytałem już kilka razy. Otwieram ją i zaczynam czytać o smoku który musiał walczyć z rycerzem. Ten rycerz uwięził smoczycę w jaskini i chciał ją zjeść. Rycerzy już praktycznie wytępiono i smoki mogły żyć prawie w spokoju. Niestety zdarzały się wyjątki i rycerze pod osłoną nocy porywali smoczyce z ciepłych łóżek dla ich ciepłych nóżek. 
Gwiazdki krążyły wokół własnej osi. Zwiększały się i zmniejszały tworząc imitację mrugania. Szara zakapturzona postać skradała się w cieniu. To rycerz! Chce krzyknąć, ale nie mogę. Jestem narratorem. Mnie nie przystoi krzyczeć. Literatura nie może być krzykiem. Niech się dzieje co chce. Zamykam oczy... On nadal się skrada. Szare myszki pierzchają w popłochu do norek. Kocur siedzący na jednej z beczek zjeżył sierść. Porywacz był już w połowie jednego z domów leżących na obrzeżu osady. Okno rzucało snop światła na ziemię. Skulił się jeszcze bardziej. Jednak głupia ciekawość skłoniła go do zajrzenia w to okno. 
W łóżeczku leżało smakowite smoczątko. Opatulone kołderką i kocykiem w kratę. Na brzegu łóżeczka siedziała mama smoczyca i czytała dziecku: 
"Dawno, dawno temu był człowiek, który nie jadał smoków. Był bardzo samotny. Przeżywał dziwne frustracje. Bardzo się bał swojego ja i to ja coraz częściej o sobie przypominało. Pogrążony w myślach siedział przed szczerzącą się do niego maszyną do pisania i podziwiał śnieżnobiałą kartkę papieru..." 
Jest dwunastego stycznia 1538 roku. Ponad kartami proszę o pomoc. Utkwiłem tu dzięki zbiegowi okoliczności... Poniosła mnie moja własna historia.
Podrurze 

Wszystko prawie ściągnąłem. 
Ale jeżeli ściągnąłem to też obnażam. 

I. . . 
...na kacu jestem bardzo płodny 

Podrurze! 

Skutek nie determinuje przyczyny! (Przyczyny przeważnie same się determinują, rzadko przeterminowuja.) . Jest jak sutek, miętki a przeważnie twardy! Skutek natomiast przylega do rzeczywistości jak krowa spadająca z dziesiątego piętra samolotu ... 


...a coś takiego miało się wydarzyć... 


Zapragnąłem ujrzeć jutrzenkę. Głupie nie? Jutrznię w środku lata? Choć znajomi mieli nie za dziwoląga to już była przesada. Nie zważałem na nich. Usiadłem wygodnie w bujanym fotelu pod palmami kaktusowymi. Włożyłem kask i przełączyłem na zjawiska meteorologiczne. Był szczyt więc mogłem pozwolić sobie na dwie minuty. Dobre i to. 
Od czasu jak weszła nowa ustawa meteorologiczna każdy mógł zmieniać pogodę według własnego widzi-misię. Coś jak szafa grająca: grosik wrzuć, wstrzymaj chuć, tańcuj ale wróć:). Co kiedyś poetycznie ujął mój znakomity kolega z Hardwar'du. 
Gdy natomiast coś nie grało. Nie słyszałem trzasków elektrycznych ani szumienia (sumienia.) w uszac, kiedy przełączam pogodę. 
Zapanowała dziwna cisza, już nie było hełmu, nie było hałasu wielkie go miasta. Gdzieś za granicą ciszy dało się słyszeć skrzekot sójki. 
Ale skąd ją wiedziałem jak skrzeczą sójki. Dziwne. Prawie jak miejsce w którym się znajdowałem. 
Cieniutki strumyczek wody ściekał z kamiennej ściany bezpośrednio na podłogę, poprzez mój but, by po chwili połączyć się z większą arterię wody. Daleko tam ciemność nie była taka szara, prawdopodobnie tam było wyjście. 
Spróbowałem wstać, cos krępowało moje ruchy. Spojrzałem na to i od razu się rozpadło. Spodobało mi się to. Spojrzałem tak na strumyk. On też zniknął. 
Więcej nie patrzyłem tak na nic. Był kiedyś taki król, co zamieniał wszystko w złoto i córkę, też. Nie chciałem być do niego podobny. Ale on miał brodę. 
Wyszłem - jak mawiają w kręgach. Najpierw wstałem, potem wyszłem - trzeba zachować jakąś konsekwencję. Nie? Przyspieszyłem! Chodu! Zakręt zaczął się wyłaniać, szary zamienił się na niebieski. Przeląkłem się i zrozpaczyłem. na szczęście były to szkła kontaktowe. Wyrzuciłem je 
do kosza. Spojrzałem na kosz (miałem nie patrzeć?), zniknął. Złożyłem przysięgę na czarodziejska latarkę, że to się nie powtórzy (podrurzy). 
Zrobiło się jasno szaro by przerodzić się w jasno jasno. Duże, wielgaśne coś zasłaniało pół nieba, miało to dziwny niespokojny kształt. Wiło się. Jak szłem to musiałem raz się kulić by po chwili prostować. Na końcu był ogromny pręt, który łączył się ze ścianą pokrytą bohomazami. Z góry (lepiej widać? ale jak tam wejść?) znajdowało się źródło światła. Ciepłego, fajnego. Zrobiło się duszno. Zdjąłem figowy liść. figowy? bo figę zasłaniał. Powachlowałem twarz. Zrobiło się chłodniej. 
Ni stąd ni z owąd pojawili się jacyś ludzie. To co odsłoniłem zasłoniłem drugą wolna ręką. Nie miałem wcześniej w niej nic. Powitałem ich jakoby figą zaciśniętą w dłoni wachlującej. Odpowiedzieli podobnie. Oni pierwsi się odezwali: 
-Może byśmy pośpiewali? I tego 
-Co to jest it - znam język w którym jest to kwit? 
-Nam język już ten zbrzydł! 
-Fajnie musi tutaj być. Chcecie to dam wam liść. 
-Dzięki. Wyjmij go przeto z zaciśniętej ręki. I zaraz będziemy piękni. 
Poszłem za nimi. Spodobałem się im, etwicewersa. Spojrzałem na się i byłem ubrany, ale jakiś ubabrany, popaprany. Normalka!? przejdźmy do szczegółów, meritum rzeczy. 
Sójki wesoło skrzeczały. Nawigacja nie była łatwa. Znowu niedowierzałem na lewe oko. Pewnie szkło kontaktowe odrastało. 
Gdzieś dalej spadał Ikar, spał łkar, leciał Dedal, troszeczkę krzywo, pewnie znów się nakoksował. Miasto się budziło. Odys obudził się i kontynuował Odyseję. Syzyf wyciskał pryszcza na nosie, gdzie wszystko miał. 
Wróciliśmy do punktu wyjścia, ...tam, gdzie się trzeba pochylać by chodzić... Zapytacie po co więc była podróż. Sam nie wiem ale czuję, że była potrzebna. 
Słońce zachodziło na czerwono. Wielkie coś przesunęło fałdy materiału i mieniło się na ciemno - zielono. Pora spać? Nie... Pojawiły się malutkie ogniska. Podeszliśmy i pośpiewaliśmy. Nie wiedziałem skąd ja znam treść piosenek. Nie byłem chyba kiedyś piosenkarzem chyba I ogniska się paliły. Namiętności cichły

*** 
Opowiadanie po tym jak zabilem kaczorka... 

O! Lece! Jeszcze przed chwila nie lecialem. Hm? !Kurcze! Zaczeli 
strzelac. Ale kim oni sa? 

Popoludnie bylo parne. Ta zmiana pogody strasznie na niego dziala. 
Wahania w ciagu jednego dnia rzeczywiscie przyprawialy o mdlosci. 
Zdarzylo sie raz, ze walczyl w temperaturze 40oC bez wyraznego slonca, 
wlasciwie to bez, a zaraz potem w arktycznym mrozie - 36oC tylko w lekkim 
plaszczu. 
Dzis tez nie wyglada to dobrze. Wieje wiatr ktory, jak genialny wirtuoz 
nuty, nanosi na powierzchnie szlaku mialki piasek. Drzew jak zawsze nie 
bylo widac a panujacej wokol pustki nie mogl niczym (nieraz mowil do 
siebie) zaklocic. Zawsze tam byla i niespokojnym gwizdem wlewala sie do 
podswiadomosci. 
Czasem zastanawial sie dlaczego tak jest i dlaczego nic nie widac za 
dwumetrowym horyzontem. Wydawalo mu sie, ze pamieta jak kiedys, gdzies, 
cwierkaly ptaki a noce byly chlodne cykaniem swierszczy i niebezpiecznie 
pociagajace wyciem wilkow. Grasowaly tam bandy roznych poprzebieranych 
stworzen, ktorych nie sposob odmalowac i nazwac. Mial przyjaciol... 
Boze. Jak oni sie nazywali? Chyba Imoen, Khalid i ... no wlasnie. 
Pozostalych nie pamietal. Byc moze teraz ma za malo pamieci (RAM). 
Dzielnie walczyli, bawili sie i kradli. Byli prawymi wojownikami. Wszyscy 
ich znali zanim oni sami zrozumieli ze sa i sa slawni. Mir, polot, a 
przede wszystkim przygoda. 
Wyszczerbione miecze nigdy nie zardzewialy i dlugo sie o nich mowilo po 
smierci Lorda Baldura. 
Nie to co to tu. Ziejaca pustka oddychajacego metalu dziura. 
Wszedobylski smrod smaru, nagrzanego aluminium i gumy. 

Wlasciwie juz z nimi skoqczyl. Zielona posoka robotow wypalila w podlozu 
rude plamy. Dobrze im tak. Tylko jeszcze pozbiera amunicje i wynosi sie. 
Ten czolg byl najgorszy. Poszly prawie wszystkie granaty i gdyby nie 
pies. Pies - przyjaciel czlowieka. To on z nalotu zalatwil lufowego demona. 
Chwila relaksu w chlodnym tunelu, jedno jablko i jeszcze jedno i granat. 
Zastanowil sie. Nie jest az tak zle, bywalo znacznie gorzej. Jak przez 
mgle pamietal, a moze mu sie to snilo, ze byl zolta pileczka zjadajaca 
kropki, przedmioty, zielone kulki i kolorowe duszki, ktore po pochlonieciu 
zielonej kulki stawaly sie szare i tylko wtedy byly strawne. Ganial 
jak szalony po labiryntach. W glowie mu sie krecilo i plakal cicho po 
kazdej smutnej bolesnej smierci. Czasem pojawiala sie czerwona kulka i 
okropna odwrocona rzeczywistosc. Koszmar. 
On caly czas byl tam w srodku i nic nie mogl zrobic. 
Czasem misje byly podobne. Nalezalo odpowiednio, wsrod huku wystrzalow, 
wykonczyc wroga. 
Lecz czyj byl ten wrog? Dlaczego zabijal? Wlasciwie to nim ktos zrecznie 
manipulowal i to nie on mordowal. Ale przeciez trzymal w rekach nagrzana 
bron i naciskal spust. Czasem obrywal. Bolalo jak cholera. Wielokrotnie 
ginal. Nie lubil smierci, ale wraz z nabytym doswiadczeniem doswiadczal 
jej znacznie mniej. Dlaczego nie mogl spokojnie usiasc i przeczekac. W 
gruncie rzeczy byl pacyfista, nie lubil zabijac. Ale musial?! 

Gdzies wsrod tych okrzykow wojennych pojawila sie ONA. Wydarzenie, ktore 
nie pozwala myslom spokojnie krazyc. I mowiac sobie ciagle "zastanow 
sie", kazac trzykrotnie obejrzec zmusil sie do odwrocenia na piecie. Nie 
potrafil tego nazwac. Nie spal po nocach walczac caly czas. Ginal i 
pojawial w kolko (zawsze sie dziwil ze po smierci znowu byl). Stal sie 
najlepszym. Mordowal bez litosci z wypisanym na sercu imieniem. Byl tak 
szybki, ze prawie nikt go nie widzial. 
Swiat zaczal sie psuc. Obraz zamienil sie w pasmo tryumfalnych czarnych 
trojkacikow i gdzies pojawil sie komunikat: 

PRZERWAC GRE! PROCEGOR ZAGROZONY! 
Centrum dyspozycyjne gier. 

Swiadomosc powracala wolno. Zawsze tak bylo po dwoch piwach. Zdal sobie 
sprawe, ze nadal siedzi przed komputerem. Wlasciwie lezy na nim. 
Sloneczko tez sie obudzilo i przywitalo kpina. Obejrzal sie w lustrze, 
ktore mu powiedzialo: 
- Klawiatura odcisnieta na twarzy. Wygladasz jak Freddy Kruger. 
__________________ 
| | | 
| Cansel | OK | 
|________|_________| 


/_\ 


c:/> Uruchamiam_terminal.exe 
invalid comand of loading files X
*** 
Wielka Bitwa Plastikowych Zolnierzykow z Wykalaczkami o Ulamany Rog Stolu 

Juz dwa dni minely od natychmiastowej mobilizacji. Zbrojny regiment 
maszerowal to w jedna, to w druga strone Swojej Polowy Stolu, mniej 
wiecej do szuflady. Tam byl tak zwany ekoton militarny. 
Chlopaki juz dawno nie cwiczyli, bedzie jakies szesnascie lat. Przez ten 
czas wszystko prawie zapomnieli, farba zdazyla sie zluszczyc, ale napiete 
plastikowe miesnie nie zdradzaly zniecierpliwienia, usmiechniete twarze 
palaly checia zabijania. Dobre i to. Nalezalo ich tylko zapoznac z nowymi 
technikami zabijania. Cekaemy z biegiem lat zastapily M16 i UZI; pojawilo 
sie tez wiele technik obezwladniania wykalaczek. 
Pogoda byla wysmienita. Pozolkle brzozy cicho szumialy. Slonce, dawniej 
cieple, dzis bylo usmiechniete lecz zimne. Zmierzchalo. 
Zaczynaly sie palic ogniska. Najpierw powoli, niesmialo by pozniej 
rozblysnac feria jak bezchmurny niebosklon. Wydano posilki. Kasza i mieso 
z puszki. Znow to samo. Przez dwa tygodnie, na stole, zywia ich tylko 
kasza i miesem. Moglo juz zbrzydnac. Na szczescie i jednoczesnie na 
nieszczescie jutro zaczyna sie decydujaca bitwa. Ona ma przesadzic o 
wszystkim. 

M. 

Co sie stanie jutro? 
O czym mysla zolnierze? 
Co jeszcze moze sie wydarzyc? 

Tego i jeszcze wiecej dowiecie sie w nastepnym odcinku.
*** 
Nadchodzę... 

Wczoraj dostałem list z zagranicy. Właściwie się go niespodziewałem, aż tu nagle przychodzi. Cały uradowany, niespodzianka, a od kogo? Nie wiem. Nie przypominam sobie czy wogóle kogoś tam znam. 
Otwieram, przerywam pieczęcie tajności i spełnienia mojej próżności. Gruby, coś szeleści. Drżę. 
Może coś pięknego? Może zaproszenie do zagranicy, kartka na święta, los na loterię, może wygrałem tam pobyt na stałe i małe mieszkanie? 
Nie. 
Stoję na progu tej szansy. Każda niespodzianka jest zrazu piękną nastolatką, później złą teściową. Jestem już w połowie, ogarniony zwątpieniem. Boję się. Może ktoś pomylił adresata? Chyba, bzdura nie może istnieć nas dwóch w takiej małej miejscowości. 
Jak to od nich to jestem już zimny trup. 
Pocę się jeszcze bardziej, już dawno się tak nie pociłem. 
Ciąć czy nie ciąć. Wątrpię ale tnę. Cóż żyje sie raz. Ale jaja. Rozcinam ją delikatnie, jakby była nitką łączącą z życiem, kopertę. 
Wiatr trzasnął okiennicami, zagrzmiało. 
Mogą wyłaczyć prąd - pomyślałem. Należy się pospieszyć. Ale jak? 
Ulewa, nie było takiej od wielu lat. 
Moga przylecieć, chociaż. Nie jest aby za zimno. 
Oni wszystko mogą. 
Podobno piraci dostawali kiedys takie małe krążki, czy zdechłe ryby. 
Do głowy przychodzą skołtunione pomysły, część odrzucam. Pozostałe niewiedząc nic o tych poprzednich, skulone, zastanawiają się czy zagnieździć się na stałe, czy uciec. 
Tnij człowieku! - nakazuję sobie. Może to nie oni!? 
Przeciąłem, otwieram, folia z bąbelkami, potrząsam... Colera! Nic nie ma? 
Ale oto wypada, nie wiem czy się cieszyć, płakać, czy klnąć, biały kartonik. Biorę go do ręki i pieszczę, chcę całować, odwracam. 
W równym rzędku skreślono cztery litery, wersalikami, nowe słowo, poznałem wczoraj, znaczy dużymi literami, słowo D U P A. 
Przez mgłę zwątpienia przebija się przeponą powietrze, zapełnia gardło i nos. Klatka unosi mi się jakby w konwulsjach. - Obserwuję to z boku. - Wybucham zwierzęcym niepohamowanym śmiechem. Trzęsę się cały. Nie mogę. Nie mogę oddychać. Śmieję się. Skrzeczę i śmieję... Nagle... budzę. Po moim ciele rozchodzi się, kłujące tysiącem igiełek, ciepło. 
Skurcz, myślę, minął. Jakaś pani, ładna karmi mnie łyżeczką, coś mówi. Obserwuję pokój, biały, czysty, ale po co tyle tych telewizorów. 
Ręce mam związane i nogi. Co się dzieje? Nerwowo mrugam. 
- Spokojnie - mówi pani. - Ależ z pana wariat - wzdycha, uśmiecha się i wychodzi.
*** 
EPIZOD 1 

Pogoda sie calkiem zepsula. Kaluze minionej nocy strasza caly ranek. 
Zimny polnocny wiatr delikatnie szepce opowiesci, trzesacym sie z obawy, 
drzewkom ibii. 
Szary frachtowiec przemknal po niebie. Moze po poludniu bedzie ladniej. 
Czuje sie nawet dobrze, fale sprzecznych uczuc jak zawsze przechodza po 
mym zielonym wachlowatym ciele. Podrapalem trzecia faldke przedpaszczy 
szpicowata konczyna. Moi zieleni koledzy leza porozwalani po buidach 
(rodzaj przenosnej kanapy). Nie dziw, wczorajsza, wlasciwie dzisiejsza 
impreza skonczyla sie nim zaszedl odstani ksiezyc Embrii. 
Zaczelo sie to jak zwykle niewinnie, kolega Mouidi przyniosl dwie 
niklowane butelki z falkonskim swojakiem. Brunatna ciecz, acz 
nieprzyjemna w smaku i zapachu byla niesamowitym trunkiem. Skutkow 
podobnych temu specyfikowi nie dawaly nawet mieszanki najwysmienitszych 
ziol. 
W konsekwencji dziadek czas przestal odmierzac sekundy i jakos 
zlecialo. 
A dzis, mozna by pisac poematy liryczne na temat bolu i cierpienia. 
Spojrzalem w wizjer... mokro, okropnie zimno, mammo... 
Chlopaki zaczely sie budzic. Mouidi, demiurg dzisiejszego wisielczego 
humoru, wstal przeciagnal zwichrowane dwie pary dolnych konczyn, 
strzelil z siedemnastu stawow lokciowych, osiemnasty mial zwichniety 
po przedwczorajszej degustacji i popatrzyl z niewinna mina: 
- Sami chcieliscie. - dodal w zapale. 
- Taak... - odburknalem. 
- Uuuops. - Jeknal Amuid, okragly dwunastotonowy seledynowo zielony 
samiec. - Nie kloccie sie bananas (jak "amigos" po hiszpansku). 
- A co robimy dzisiaj? - zapytal chrapliwym glosem Mauad. 
- Proponuje wycieczke do Kamianokoi, pozniej wpadniemy do 
Zouzy na zygzaki (u nas podobne sa do nich placki ziemniaczane smazone 
na lisciu kapusty). 
Chlopaki przystali ochoczo na propozycje 
Najpierw jednak musielismy posprzatac moje queblo. Jak na samotnego 
begleyts dosc duze. Przydzial dostalem od rzadu za moja scisle tajna 
wspolpraca z miejscowym establishmentem Ale mniejsza o to. 
Prace szly z niejakim ociaganiem sie. Czasem tez rozmawialismy na  
blahe tematy, na przyklad: o konflikcie termojadrowym w osciennej 
Bahaeli, o dymisji szefa Polaczonych Sztabow Endila Duetryta, 
o piersiach premier Madienty, o jej zgrabnym tyleczku ... 
O! Zagalopowalem sie :). 
W ten sposob dotrwalismy do 48 godziny (doba u nas trwa 96 h). 
Zamknalem wlaz i zalogowalem sie w moim smigczu, koledzy mieli 
swoje tuz obok. Odlecielismy... 

EPIZOD 2  

Korkociag szybowal leniwie nad stolem, sztucce rozlazly sie jak 
chlopski bicz, nie bylo gdzie oczu schowac. Dusza rozpostarta nad 
kanapa zjadala kanapki. Synchronizacja obrazu nie dzialala. 
Stara gazeta zjadla kota i chodzi nadeta jak paw. 
Taki widok zastalem w jadalni pieciogwiazdkowego pawilonu 
spozywczego siodmej planety. Wlasnie jalem sie reorientowac, gdy 
zza winkla wyskoczyl z rozpaciezonymi ramionami moj dawno 
niewidzialny kolega Hans alfons z przystrzyzonymi wasikami i 
lubieznym bardzo interesownym usmiechem, pytal mnie ciekawskim 
wzrokiem co tu robie. Ja wlasciwie nie wiedzialem co zrobic, 
ucieklem w siebie, a on za mna. Zgubilem go za przegroda nosowa. 
Wyskoczylem jak szydlo z worka, nawrocilem jak fryga i zawrocilem, 
jego juz nie bylo. 
Obudzilem sie... 
Nie widze, wzrok jak gesta polac kiru przechwycila jakis obraz, 
calkowicie dlan nieodpowiedni. Zamknalem powieki, oczy mialem otwarte, 
wcale sie nie kleily Rozmowa tez, z nowoprzybyla pielegniarka, 
przestalem i ulecialem. Poemablowalem ja przez moment jeszcze, 
parsknela zem mizantrop i prysla. 
Czar prysl. Obudzilem sie drugi raz... 
Na obiad zraz, wymienie sztuczna szczeke na radioodtwarzacz. 
Ugryze sie w reke i dostane zapasci w przepasci oraz slonecznej 
dyzenterii. Slona sloma na moim radionadajniku, oni nie przyleca. 
Dlllaaaaaaaaczeeeeegooooo :( 
Zasypiam... 
Premier do mnie dzwoni: 
-Czy pan mnie obroni? 
Nie wiem, nic nie wiem. Nie wiem, ze nie wiem nie wiem nie wiem 
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem 
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem 
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem 
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem 

To be continued...
*** 
"Zła baba, a latarka nie świeci." 

Ponad dniem i nocą, gdzieś między starymi bajkami, za kołami biegunowymi i siedmioma górami mieszkała sobie stara i brzydka baba... 

Noc trwała już bardzo długo. Pojawiające się promyki słońca szybko gasły, najczęściej jednak w ogóle ich nie było. A świt jak zawsze nadchodził niespodziewanie i był szary jak twarz kominiarza. 
Wstała jak zwykle późno. Po cóż by wstawać kiedy prawie zawsze jest ciemno. Naciągnęła na nogi stare zużyte walonki i postanowiła udać się do wychodka. Co prawda miała już łazienkę z nowym, błyszczącym sedesem, ale nikt nie zdołał jej wyjaśnić jak się z tego korzysta. Eksperymentów nie lubiła i nie robiła, a "te nowości to o kant dupy potrzaskać" powiadała sąsiadkom przez płot. 
Wiatr przez noc nawiał na ganek grubą warstwę zeschłych dębowych liści. Energicznym machnięciem drzwi zgarnęła część w całkiem spory stosik. 
- Później się obczyści. - powiedziała do siebie. 
Powędrowała przez obszerny podwórek do drugiego gospodarskiego podwórza, gdzie już z daleka lśnił czerwony monolit okazałego, zabytkowego sracza. Dziś wydawał się jej jeszcze starszy. Właściwie był tu od zawsze. Już jej pradziadek o nim opowiadał. Co jakiś czas kopało się nową dziurę i przenosiło. Był bardzo ciężki, a po zamknięciu drzwi panowały tam egipskie ciemności, więc stałe wyposażenie stanowiła równie wiekowa latarka. Zazwyczaj nie zapalała się od razu i trzeba nią było kilkakrotnie wstrząsnąć. Później z wolna malutki promyk rozbłyskał w jaskrawy snop światła. Cienie robiły się mniejsze i można było w spokoju poczytać "Przyjaciółkę". 
Cały tydzień jakieś dziwne przeczucie nie dawało jej spokoju. Najpierw zaczepiła się o schowaną w liściach gałąź starej topoli, później zabiła drzazgę pod paznokieć niosąc naręcze drewna. A teraz idąc w kierunku wysławionej sławojki łomotało jej serce. Zwaliła to oczywiście na karb starości. Przecież była stara. Codzień przeglądała się w lustrze, widziała zmarszczki i wiedziała że jest stara. Nie wiedziała jednak od kiedy?! 
Szybki trucht zamienił się w marsz i na samym końcu z jakąś obawą weszła do środka. Zasiadła spokojnie nad wiejącą, pachnącą niezbyt ładnie, dziurą. Postanowiła zapalić "kaganek" by zakończyć lekturę tego poczytnego periodyku. Tym razem latarka nie dała się zapalić. potrząsnęła ją energicznie i ... nic. 
- O k... - powiedziała przez nos. 
Gdy nagle aromatyczny kloaczny zefirek zamienił się w zimną morską bryzę. Wiatr stał się nieco intensywniejszy, lecz jednocześnie cieplejszy. Coś się nie zgadzało. Właściwie to już nie siedziała lecz stała z uniesioną wysoko spódnicą w lewej ręce i gazetą w tej drugiej. 
Gazetę w trwodze wykorzystała do konserwacji tylnej części ciała i dynamicznym ruchem upuściła garderobę zdając się na siłę przyciągania ziemskiego. 
- Gdzież ja mogę być? - zapytała cicho, po czym głośno zawołała: - Hop, hop! Jest tu kto?! 
- HOP! To dopiero w Bielsku Podlaskim! - odpowiedziało zwodnicze echo. 
Przez gęstwinę gałęzi dostrzegła mrugającą latarnie morską. Postanowiła iść w tamtym kierunku. Gdy tak szła przez las obudziła śpiące już sójki, które jak wiemy są utrapieniem myśliwych. Ptactwo to podnosi wrzask przy najdelikatniejszym trzaśnięciu nawet najmniejszej gałązki. 
Zacisnęła z wściekłością pięści i poczuła w dłoni starą wysłużoną latarkę. Nie koniec dziwów, gdy latarka zamieniła się w płonącą smolną żagiew przyoblekającą swym światłem wszystko wokół. Później wybiegły cztery myszki leśne i zamieniły się w piękne, kare wierzchowce. Wyturlała się skądś spleśniała dynia przyoblekając kształty karety. Strach na wróble ukłonił się babie, zrobił obrót, potem drugi i o dziwo stał przed nią nie kto inny jak przystojny stangret w złocistej liberii. Wtem z ciemnego nieba strzelił w babę piorun i odmłodniała o całe dwadzieścia lat, potem jeszcze widać było trzy błyski za którymi szybko pędziły głośnie huknięcia. I stała już nie baba ale prześliczna mołodyca. Bądź co bądź takiej sztuczki to sąsiadka doświadczyła po oglądaniu Kaszpirowskiego, mówiła że czuje się jak osiemnastka, na takową nie wyglądając. A tu nie dość że wizja to i fonia! Ludzie! Cuda w tej budzie! 
Z krzaków wygramolił się, podciągając spodnie i zapinając rozporek, wiekowy szewc. W dodatku trzeźwy jak świnia, ale bardzo dobrze wychowany. Puknął w cylinder skąd wyjął czarodziejską różdżkę. Padł na kolana mówiąc "Przepraszam OMAJLEJDI!", całował każdy walonek z osobna, później dotykał go różdżką i zamieniał w złote koronkowe adidasy. 
- Niech to czort! - zapiszczała cieniutko dziewczyna. 
- W swoim czasie to się samo naprawi! - uspokajał rzemieślnik. - Sie naprawi ... Po czym zupełnie znikł. Ot tak rozpuścił się w powietrzu/W powietrzu nad lasem majaczyła jakaś plama burcząc jak stara WSK. To była gruba, rumiana krawcowa na odkurzaczu marki PREDOM. Opadła jakieś pół metra nad ziemię i poczęła wsysać ubranie dziewczyny do odkurzacza. A tamta dawaj się bronić. Nic to oczywiście nie dało i zamiast zostać goła jak Święty Turecki zobaczyła że ma na sobie przewspaniałą suknię z Paryskich Domów Mody i królewski diadem. Krawcowa też gdzieś się podziała. Została tylko młoda baba i powóz. 
- Dokąd chcecie mnie zabrać, dobry człowieku? - zagaiła kierowcy. 
- Na dancing do zamku. Gra BAYER FULL i Książe Wiktor szuka żony. 
- A daleko do zamczyska? 
- Widzicie panienko to coś co wygląda jak latarnia? 
- Myhy! - przytaknęła. 
- To wieża z reflektorem szperaczem. - odpowiedział ze znawstwem. 
- A po co on tak szpera? A? - kontynuowała dialog bystra dziewuszka. 
- A bo tak! 
- Myhy! 
W te pędy ruszyli na zamek. Nie minęła sekunda i byli na miejscu. 
Weszła do zamku w którym gości witała głośna rockowa muzyka i zapach piwa oraz pieczystego. Stoły dosłownie uginały się pod niewyobrażalną ilością wiktuałów. A książę był piękny jak anioł. Wypisz wymaluj Majkel Dżekson. A może i piękniejszy. 
Siedział smutny na swoim twardym, z czystego złota robionym tronie. A w chwili w której ujrzał naszą uroczą bohaterkę zapragnął z nią popląsać. Podszedł do niej i zagaił: 
- Ej! Tańczysz? 
- A właściwie to czemu nie?! - odpowiedziała z największą ochotą dziewczyna. 
Przetańczyli tak całą noc. Ona, do adidasów nieprzyzwyczajona i on nadający ton. Trochę siedzieli na murku i rozmawiali, czasem się całowali a potem śmiali. 
Zrobiło się trochę ciszej, gdy zabiły głośno dzwony... 
- To spadam! - Ona. 
- Zostań jeszcze! - On. 
- Nie! Już muszę! 
- Daj numer na komórę! 
- Nie mam! -Ona. 
... a po dzwonach trąbka, skądś znajomy dźwięk, uderzenia w drewnianą deskę i starczy krzyk: 
- E! Babo! Ty tam śpisz czy co?! Potem do siebie: - Puścić z gazetą to gotowa nad ranem wrócić! 
Ona się ocknęła. Nadal siedziała w ubikacji i na kolanach miała rozłożoną "Przyjaciółkę" na stronie 23, gdzie był artykuł "Rozczochrana dziewczyna ze wsi, czyli KopciusNie wszystko warto czytać.
/Autor (ale to dumnie brzmi:)

***
"Mroczna historyjka o kapciach, starym smoku oraz glupim ogrodniku"

Hulk podszedl do okna i odgarnal zakurzone zaslony. Przez szpare
przedarly sie zlociste plomyki slonca i zawirowaly z kurzem w
powietrzu. Martwe muchy pokrywaly caly parapet a resztki roslin
smazyly sie w popoludniowym upale. Mruzac oczy zsunal je spowrotem.
Przez dziurawe draperie przenikaly jeszcze niedopalki promieni.
Sluchac bylo konajace stworzenia i czuc smrod niemytych od wielu
lat stop. Hulk podobno, jak kaze obyczaj korsarski, wogole nie
zdejmowal butow.
-Sluchaj John. - powiedzial, wlasciwie cedzil przez zacisniete
zeby. - Wrak napewno tam jest, wystarczy spuscic wode i pogrzebac
w lisciach.
Tu jego ponure oblicze przecial usmiech, doslownie przecial,
usmiechal sie tylko wtedy, gdy mogl zrobic komus swinskiego
psikusa (swinski psikus - lac. Impodicus psikus roslina z
poludniowej Afryki, zasiegiem obejmuje brzegi rzek i jezior.
Jedyne stanowisko zanotowano w Ougodougou w Gornej Wolcie.
"Robic swinski psikus" - znaczy "wykrecic komus numer". Roslina
jest podobna do ogona swini domowej - Sus domesticus (tzw.
sprezynki, ktory po lekkim skreceniu wyglada jak arabska dwojka.)
lub wtedy kiedy mogl zarobic pieniadze. Szelmowsko sie usmiechal
i nieprzyzwoicie slinil.
-Hulk! Czys ty spadl z grzbietu smoka morskiego, nie znajdziemy
statku w gliniankach!?
-Zaufaj mi. - szepnal, po czym zagryzl warge, podlubal w nosie,
lypnal okiem i splunal zolcia przez zeby (rowniez zolte od
czestego spluwania). - Jakem stary wilk morski! - i tu zawyl,
bylo to gorne C, lecz calosc do zludzenia przypominala stara
wadere.
-Staw nie ma nawet czterech metrow szrokosci, a ty chcesz w nim
zmiescic statek?
-Tylko z gory jest wezszy, kiedy z Dlugim Jopem i Jakala
chowalismy go, specjalnie okrylismy darnia brzegi, lecz po
jakims czasie wylala rzeka i naniosla sporo swiezego mulu
i pograzyla wrak.
-Taaak..., masz moze mape na ktorej zaznaczyles staw?
-Mam ja w glowie he he he he he he. - zaniosl sie smiechem, co
bylo jeszcze dziwniejsze. Ostatnim razem jak zaniosl sie
smiechem byl na morzu.
/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\/\
Szalala ogromna nawalnica, fale unosily mala krype i rzucaly nia w  
||~~~~S roznych kierunkach. Choroba morska? Trudno
||~~~~ bylo mowic o chorobie morskiej. Lodz
| ||\ pokryta byla wymiocinami jak tort weselny
/| || \ lukrem. Sliski od wody poklad byl podwojnie
/ | || \ niebezpieczny. Czuwali tylko sternik i
/ | || \ kapitan (Hulk).
/ | || \ Ciekawostka moze byc to, ze tylko oni
/__| ||_____\ dwaj ocaleli. Dowiedzialem sie tez
____|___||__________ pozniej od sternika,  
\SANTA /| ze kapitan podobno
\ /||___ nie zwrocil falom posilku.
\8_______________/ | | Tak wiec ci dwaj
*8** **** ___| ** pozostali na strazy.
** 8 ** ** ** ** Reszta zalogi  
** 8 **** **** ukryla sie w kajutach
8 i cierpiala samotnie.
8 To juz dziewiaty dzien przez ktory
8 zywioly niosly ta kupe desek
8 w sina dal. Trudno bylo ustalic
8 kierunek, przyrzady zwialo na
8 samym poczatku ulewy.
8 _______ Majtek nawet nie mogl wciagnac
8 _M_M__/_P \/| jak sie udal na strone.
8 W W \_______/\| Przez chmury raz zobaczono
8 gwiazde polarna, lub moze to byl
8 refleks od lampy pomylony w
8 _ pijackim transie z gwiazda.
||_| Statek plynal prawdopodobnie
|| na zachod w niezmierzona kraine
/| || |\ do ktorej nawet wprawni Wikingowie
\_II_/ bali sie zapuszczac.
W drugim tygodniu choroba ustala,
lub mowiac precyzyjniej nie bylo juz czego powierzyc Posejdonowi.
Po zjedzeniu skorzanych butow zjadano szczury, karaluchy,
skrobano z pokladu "resztki choroby", pozniej czesc ludzi pomarla
z wycieczenia i ich rowniez zjedzono.
Statek wygladal jak obrazek z Katalogu Przypadkow Drastycznych
niejakiego Downsa Twistecka, ktora Hulk ogladal w porcie Memlok
na Manilii. Nie mial zagli, maszty polamane w dziesieciu miejscach,
na sterburcie widoczna dziura wielkosci piesci przez ktora
wskakiwaly na zeze,a pozniej na kil ryby. :)
.................................................................
Obudzil ich leciutki wietrzyk, dalekie piski mew mowily o tym,
ze lad jest blisko. Jasno blekitne niebo przeslanial tylko
malutki Cumulus.
Hulk sie przeciagnal i przetarl zmeczone oczy. Przegonil
gruba wesz z ramienia
No tak. - pomyslal. Jeszcze nie jestem ostatecznie wycieczony
skoro sie mnie trzymaja moi przyjaciele.  
Zlapal druga i z apetytem ja schrupal.
Z zalogi pozostal tylko chory sternik. Cierpial na szkorbut
i ogolne wycieczenie z braku wody i pozywienia. Reszta ludzi
umarla w rejsie. A co sie z nimi stalo nie wiedzial.
Poranna cisze przerwal daleki odglos ostrzonych nozy.
Jotua, sternik nie jedno w zyciu przeszedl i wiedzial, ze
moze sie teraz zdarzyc nieprzyjemna niespodzianka. Slyszal
o Hulku niestworzone rzeczy, ze to kanibal i lajdak jakich malo.
Szuja, skapiec, szelma oraz to, ze pozyczal pieniadze na procent.
Juz sie mial schowac w szafie, lecz wtem nagle uslyszal krzyk
kapitana:
- Jeessteesmyy uuraatoowaani, he he he he he bociaaan he he he
i bocianie gniazdo he he he he he (Lamia zdejmij to paskudztwo
bo sie udusisz:)).
Jego smiech byl jakby cieply, nie ten szorstki jakim byl sie
poslugiwal na codzien lub gdy wydawal rozkazy czy pieniadze,
nie byl podobny tez to tego slynnego smie......
NIe ten byl radosny i pelen nadziei.
Jotua nie mial sie czego lekac, wypelzl wiec na czworaka
spod pokladu.
- O! Jotua! Ty jeszcze zyjesz? Jak to mozliwe? - Tu sie zaslinil
i puscil pawie oczko prawie. Pewnie by go zjadl zeby znalazl
go troche wczesniej lub gdyby nie bylo tego statku (stadka) na
horyzoncie.
Lecz w gruncie rzeczy nie jest tak zle, dziwnie by to wygladalo
zebym na pokladzie pozostal tylko kapitan po drugie z zakrwawiona
buzia nie jestem zbyt przystojny. - pomyslal Hulk.
Statek byl juz blisko. Bylo mu widac trzy zagle, kotwice,
kolo zamachowe i zapasowe oraz ... (tu Hulk patrzy z
niedowierzaniem, kaze sie uszczypnac, karze Jotue, ze go
uszczypnal, patrzy po raz drugi)... piracka flage.

[Hulk]
W strone Jotu... (kogo? czego?).

O zgrozo mocium panie, o inny statek plynie,
Czyz to sen? Kiedyz on wreszcie minie?
Dwoch piratow na jednym wiatru morzu,
Jak dziki buszujace w zbozu.

Akt pierwszy.
Jotua sie rozbiera i chce skakac do wody. Hulk go powstrzymuje
zanoszac sie szlochem i smiechem.

Przyjacielu, dobrodzieju! Nie rob tego!
Zostan! Druhu, bracie moj kolego!
Jak splyniesz ja ci tego nie daruje,
I wnet cie dopadna moje zboje.

[Jotua]
Ach wladco, panie, kapitanie
Na tym okrecie pewnie dranie.
Oni nas zjedza, albo gorzej,
Rekinom dadza moze.

[Hulk]
personel

Akt drugi
Wbiega chor chlopiecy -->(czteroletnie maluchy)<-- w bialych
koszulach i czarnych -->(ubrane w czarne muchy)<-- muchach z
czerwonymi grochami.

[Chor]
O zgrozo, co sie stanie,
Na drani trafili dranie. {bis}

-Uciekajcie gowniarze. - chrzaknal rozdrazniony kiper. Nie zdazy
sie czlowiek odwrocic a wlazi to paskudztwo na poklad.
-Uuuuuuu! - dorzucil zlowieszczo.
Dzieci przestraszone uciekly. Bohater glowny odrocil sie przodem
do rozgrywajacej sie akcji. Sternik nie wiedzial co sie dzieje
i jadl sernik.

(STOP! Tu narrator! Co sie tam dzieje!?
Nie jesc podczas premiery!
[Jotua] Glodny jestem!.. Nie jadlem przeciez szmat :)
czasu.
[Hulk] Teee... narator! Odwal sie ty od sternika!
[Narrator] Spokoj tam! Grac, bo inaczej zaczniemy gadac!
Gaze wam poucinam artsty!)

-Niech to szlag! To jeden z moich wrogow.
Ku scislosci. Hulk nie byl lubiany przez kolegow z zawodu.
Wlasciwie to nie mial kolegow, a nie dosc byla to nieco zbyt
waska specjalnosc aby istnialy w niej jakiekolwiek uczucia.
Kazdy wiec Kapitan Statku Pirackiego poczawszy od klasy
VII nie mial zadnych przyjaciol, przy V nie znal swojej
zalogi (dlatego tez mogl ich bezkarnie jesc), III
nie znal litosci (bezlitosnie wyciskal pryszcze na nosie),
I okrutny, wyrafinowany (jak olej slonecznikowy) cham,
glosno krzyczy na zaloge, nie zna nikogo, oprocz obslugi
statku pozostali ludzie to banda mazgai, potencjalnych
ofiar, frajerow i wrogow.
Z za gestej mgly z cygara wylonila sie krypa z, jak
juz wczesniej zauwazylem, kapitan rowniez, flaga z piszczelami.
Cala lodz pokryta byla zielonym mchem. Zywego ducha nie bylo
widac. Nic oprocz dymu i ... prwdziwego statku.
Pewnie cala zaloge zwial wiatr. - pomyslal kapitan.
O rzesz k...lops! - zawtorowal jednoosobowa zaloga. To
bryka Zepsutego Zeba, powiadaja, ze przed smiercia
kazal Bakowi, powiernikowi (glupiemu jak obuwie) zabic wszystkich
marynazy i samego siebie. Co nierozumny osilek wykonal. Pozniej
Zab palil jedno cygaro za drugim wpatrzony w nieistniejaca
przestrzen nad rufa i palil jedno cygaro za drugim. Umarl jakis
czas pozniej na suchoty. Powiadaja, ze do tej pory blaka sie
po statku widmo plywajacym gdzies po wodach Siedmiu Morz.
A dusza jego nie zazna pokoju dopuki nie znajdzie gorszego
od siebie okrutnika, ktory nie zleknie sie przebywania na
potepionym statku i nie rzuci sie w blekitna ton oceanu.
Tak powiadaja...

Czy Hulk boi sie czarow? Jak wplynie przebywanie na przekletym
statku przez naszych bohaterow? Jakie inne zagadki i niespodzianki
czyhaja pod pokladem? Czy uda im sie dotrwac do ladu?
Dowiecie sie w nastepnym odcinku.
***
Coś jakby chmury przesłaniało niebo po którym krążyły trzy brzydkie i ogromne ptaszyska. Na drzewach nie było już liści. Pojawiający się znikąd dym wił się jak wąż po ziemi. Pewnie jutro będzie padało. Jest dwunastego stycznia, Warszawa. Tu właśnie zaczniemy opowiadanie. Dlaczego zaczniemy? Być może odnajdziesz w nim swój pierwowzór. Matrycę, dzięki której potrafisz istnieć. Jeśli nie, to sorry stary, niezakosztowałeś życia. Byłeś szarą zwykłą, szablonową jednostką.
Muzyka z radia synchronizuje się z tykaniem zegarka. Pęka szyba. Dość dziwnie pęka. Ale cóż się dzieje; przez szczelinę wpada do smutnego, zmęczonego pokoju promyk słońca. Kawałki szyby zamieniają się w dźwięk dzwoneczków. Rama znika z trzaskiem.
Chmur wcale nie było! Słoneczko świeci! To przed oknem to tylko imitacja. Jestem na dworze. Wszystko cudownie kwitnie. Ptaszki ćwierkają. Jest cieplutko. Siadam na ławeczce w cieniu. Pstrykam palcami i w prawej ręce pojawia się moja ulubiona książka, którą czytałem już kilka razy. Otwieram ją i zaczynam czytać o smoku który musiał walczyć z rycerzem. Ten rycerz uwięził smoczycę w jaskini i chciał ją zjeść. Rycerzy już praktycznie wytępiono i smoki mogły żyć prawie w spokoju. Niestety zdarzały się wyjątki i rycerze pod osłoną nocy porywali smoczyce z ciepłych łóżek dla ich ciepłych nóżek.
Gwiazdki krążyły wokół własnej osi. Zwiększały się i zmniejszały tworząc imitację mrugania. Szara zakapturzona postać skradała się w cieniu. To rycerz! Chce krzyknąć, ale nie mogę. Jestem narratorem. Mnie nie przystoi krzyczeć. Literatura nie może być krzykiem. Niech się dzieje co chce. Zamykam oczy... On nadal się skrada. Szare myszki pierzchają w popłochu do norek. Kocur siedzący na jednej z beczek zjeżył sierść. Porywacz był już w połowie jednego z domów leżących na obrzeżu osady. Okno rzucało snop światła na ziemię. Skulił się jeszcze bardziej. Jednak głupia ciekawość skłoniła go do zajrzenia w to okno.
W łóżeczku leżało smakowite smoczątko. Opatulone kołderką i kocykiem w kratę. Na brzegu łóżeczka siedziała mama smoczyca i czytała dziecku:
"Dawno, dawno temu był człowiek, który nie jadał smoków. Był bardzo samotny. Przeżywał dziwne frustracje. Bardzo się bał swojego ja i to ja coraz częściej o sobie przypominało. Pogrążony w myślach siedział przed szczerzącą się do niego maszyną do pisania i podziwiał śnieżnobiałą kartkę papieru..."
Jest dwunastego stycznia 1538 roku. Ponad kartami proszę o pomoc. Utkwiłem tu dzięki zbiegowi okoliczności... Poniosła mnie moja własna historia.
Podrurze

Wszystko prawie ściągnąłem.
Ale jeżeli ściągnąłem to też obnażam.

I. . .
...na kacu jestem bardzo płodny

Podrurze!

Skutek nie determinuje przyczyny! (Przyczyny przeważnie same się determinują, rzadko przeterminowuja.) . Jest jak sutek, miętki a przeważnie twardy! Skutek natomiast przylega do rzeczywistości jak krowa spadająca z dziesiątego piętra samolotu ...


...a coś takiego miało się wydarzyć...


Zapragnąłem ujrzeć jutrzenkę. Głupie nie? Jutrznię w środku lata? Choć znajomi mieli nie za dziwoląga to już była przesada. Nie zważałem na nich. Usiadłem wygodnie w bujanym fotelu pod palmami kaktusowymi. Włożyłem kask i przełączyłem na zjawiska meteorologiczne. Był szczyt więc mogłem pozwolić sobie na dwie minuty. Dobre i to.
Od czasu jak weszła nowa ustawa meteorologiczna każdy mógł zmieniać pogodę według własnego widzi-misię. Coś jak szafa grająca: grosik wrzuć, wstrzymaj chuć, tańcuj ale wróć:). Co kiedyś poetycznie ujął mój znakomity kolega z Hardwar'du.
Gdy natomiast coś nie grało. Nie słyszałem trzasków elektrycznych ani szumienia (sumienia.) w uszac, kiedy przełączam pogodę.
Zapanowała dziwna cisza, już nie było hełmu, nie było hałasu wielkie go miasta. Gdzieś za granicą ciszy dało się słyszeć skrzekot sójki.
Ale skąd ją wiedziałem jak skrzeczą sójki. Dziwne. Prawie jak miejsce w którym się znajdowałem.
Cieniutki strumyczek wody ściekał z kamiennej ściany bezpośrednio na podłogę, poprzez mój but, by po chwili połączyć się z większą arterię wody. Daleko tam ciemność nie była taka szara, prawdopodobnie tam było wyjście.
Spróbowałem wstać, cos krępowało moje ruchy. Spojrzałem na to i od razu się rozpadło. Spodobało mi się to. Spojrzałem tak na strumyk. On też zniknął.
Więcej nie patrzyłem tak na nic. Był kiedyś taki król, co zamieniał wszystko w złoto i córkę, też. Nie chciałem być do niego podobny. Ale on miał brodę.
Wyszłem - jak mawiają w kręgach. Najpierw wstałem, potem wyszłem - trzeba zachować jakąś konsekwencję. Nie? Przyspieszyłem! Chodu! Zakręt zaczął się wyłaniać, szary zamienił się na niebieski. Przeląkłem się i zrozpaczyłem. na szczęście były to szkła kontaktowe. Wyrzuciłem je
do kosza. Spojrzałem na kosz (miałem nie patrzeć?), zniknął. Złożyłem przysięgę na czarodziejska latarkę, że to się nie powtórzy (podrurzy).
Zrobiło się jasno szaro by przerodzić się w jasno jasno. Duże, wielgaśne coś zasłaniało pół nieba, miało to dziwny niespokojny kształt. Wiło się. Jak szłem to musiałem raz się kulić by po chwili prostować. Na końcu był ogromny pręt, który łączył się ze ścianą pokrytą bohomazami. Z góry (lepiej widać? ale jak tam wejść?) znajdowało się źródło światła. Ciepłego, fajnego. Zrobiło się duszno. Zdjąłem figowy liść. figowy? bo figę zasłaniał. Powachlowałem twarz. Zrobiło się chłodniej.
Ni stąd ni z owąd pojawili się jacyś ludzie. To co odsłoniłem zasłoniłem drugą wolna ręką. Nie miałem wcześniej w niej nic. Powitałem ich jakoby figą zaciśniętą w dłoni wachlującej. Odpowiedzieli podobnie. Oni pierwsi się odezwali:
-Może byśmy pośpiewali? I tego
-Co to jest it - znam język w którym jest to kwit?
-Nam język już ten zbrzydł!
-Fajnie musi tutaj być. Chcecie to dam wam liść.
-Dzięki. Wyjmij go przeto z zaciśniętej ręki. I zaraz będziemy piękni.
Poszłem za nimi. Spodobałem się im, etwicewersa. Spojrzałem na się i byłem ubrany, ale jakiś ubabrany, popaprany. Normalka!? przejdźmy do szczegółów, meritum rzeczy.
Sójki wesoło skrzeczały. Nawigacja nie była łatwa. Znowu niedowierzałem na lewe oko. Pewnie szkło kontaktowe odrastało.
Gdzieś dalej spadał Ikar, spał łkar, leciał Dedal, troszeczkę krzywo, pewnie znów się nakoksował. Miasto się budziło. Odys obudził się i kontynuował Odyseję. Syzyf wyciskał pryszcza na nosie, gdzie wszystko miał.
Wróciliśmy do punktu wyjścia, ...tam, gdzie się trzeba pochylać by chodzić... Zapytacie po co więc była podróż. Sam nie wiem ale czuję, że była potrzebna.
Słońce zachodziło na czerwono. Wielkie coś przesunęło fałdy materiału i mieniło się na ciemno - zielono. Pora spać? Nie... Pojawiły się malutkie ogniska. Podeszliśmy i pośpiewaliśmy. Nie wiedziałem skąd ja znam treść piosenek. Nie byłem chyba kiedyś piosenkarzem chyba I ogniska się paliły. Namiętności cichły

***
Opowiadanie po tym jak zabilem kaczorka...

O! Lece! Jeszcze przed chwila nie lecialem. Hm? !Kurcze! Zaczeli
strzelac. Ale kim oni sa?

Popoludnie bylo parne. Ta zmiana pogody strasznie na niego dziala.
Wahania w ciagu jednego dnia rzeczywiscie przyprawialy o mdlosci.
Zdarzylo sie raz, ze walczyl w temperaturze 40oC bez wyraznego slonca,
wlasciwie to bez, a zaraz potem w arktycznym mrozie - 36oC tylko w lekkim
plaszczu.
Dzis tez nie wyglada to dobrze. Wieje wiatr ktory, jak genialny wirtuoz
nuty, nanosi na powierzchnie szlaku mialki piasek. Drzew jak zawsze nie
bylo widac a panujacej wokol pustki nie mogl niczym (nieraz mowil do
siebie) zaklocic. Zawsze tam byla i niespokojnym gwizdem wlewala sie do
podswiadomosci.
Czasem zastanawial sie dlaczego tak jest i dlaczego nic nie widac za
dwumetrowym horyzontem. Wydawalo mu sie, ze pamieta jak kiedys, gdzies,
cwierkaly ptaki a noce byly chlodne cykaniem swierszczy i niebezpiecznie
pociagajace wyciem wilkow. Grasowaly tam bandy roznych poprzebieranych
stworzen, ktorych nie sposob odmalowac i nazwac. Mial przyjaciol...
Boze. Jak oni sie nazywali? Chyba Imoen, Khalid i ... no wlasnie.
Pozostalych nie pamietal. Byc moze teraz ma za malo pamieci (RAM).
Dzielnie walczyli, bawili sie i kradli. Byli prawymi wojownikami. Wszyscy
ich znali zanim oni sami zrozumieli ze sa i sa slawni. Mir, polot, a
przede wszystkim przygoda.
Wyszczerbione miecze nigdy nie zardzewialy i dlugo sie o nich mowilo po
smierci Lorda Baldura.
Nie to co to tu. Ziejaca pustka oddychajacego metalu dziura.
Wszedobylski smrod smaru, nagrzanego aluminium i gumy.

Wlasciwie juz z nimi skoqczyl. Zielona posoka robotow wypalila w podlozu
rude plamy. Dobrze im tak. Tylko jeszcze pozbiera amunicje i wynosi sie.
Ten czolg byl najgorszy. Poszly prawie wszystkie granaty i gdyby nie
pies. Pies - przyjaciel czlowieka. To on z nalotu zalatwil lufowego demona.
Chwila relaksu w chlodnym tunelu, jedno jablko i jeszcze jedno i granat.
Zastanowil sie. Nie jest az tak zle, bywalo znacznie gorzej. Jak przez
mgle pamietal, a moze mu sie to snilo, ze byl zolta pileczka zjadajaca
kropki, przedmioty, zielone kulki i kolorowe duszki, ktore po pochlonieciu
zielonej kulki stawaly sie szare i tylko wtedy byly strawne. Ganial
jak szalony po labiryntach. W glowie mu sie krecilo i plakal cicho po
kazdej smutnej bolesnej smierci. Czasem pojawiala sie czerwona kulka i
okropna odwrocona rzeczywistosc. Koszmar.
On caly czas byl tam w srodku i nic nie mogl zrobic.
Czasem misje byly podobne. Nalezalo odpowiednio, wsrod huku wystrzalow,
wykonczyc wroga.
Lecz czyj byl ten wrog? Dlaczego zabijal? Wlasciwie to nim ktos zrecznie
manipulowal i to nie on mordowal. Ale przeciez trzymal w rekach nagrzana
bron i naciskal spust. Czasem obrywal. Bolalo jak cholera. Wielokrotnie
ginal. Nie lubil smierci, ale wraz z nabytym doswiadczeniem doswiadczal
jej znacznie mniej. Dlaczego nie mogl spokojnie usiasc i przeczekac. W
gruncie rzeczy byl pacyfista, nie lubil zabijac. Ale musial?!

Gdzies wsrod tych okrzykow wojennych pojawila sie ONA. Wydarzenie, ktore
nie pozwala myslom spokojnie krazyc. I mowiac sobie ciagle "zastanow
sie", kazac trzykrotnie obejrzec zmusil sie do odwrocenia na piecie. Nie
potrafil tego nazwac. Nie spal po nocach walczac caly czas. Ginal i
pojawial w kolko (zawsze sie dziwil ze po smierci znowu byl). Stal sie
najlepszym. Mordowal bez litosci z wypisanym na sercu imieniem. Byl tak
szybki, ze prawie nikt go nie widzial.
Swiat zaczal sie psuc. Obraz zamienil sie w pasmo tryumfalnych czarnych
trojkacikow i gdzies pojawil sie komunikat:

PRZERWAC GRE! PROCEGOR ZAGROZONY!
Centrum dyspozycyjne gier.

Swiadomosc powracala wolno. Zawsze tak bylo po dwoch piwach. Zdal sobie
sprawe, ze nadal siedzi przed komputerem. Wlasciwie lezy na nim.
Sloneczko tez sie obudzilo i przywitalo kpina. Obejrzal sie w lustrze,
ktore mu powiedzialo:
- Klawiatura odcisnieta na twarzy. Wygladasz jak Freddy Kruger.
__________________
| | |
| Cansel | OK |
|________|_________|

^
/_\
|

c:/> Uruchamiam_terminal.exe
invalid comand of loading files X
***
Wielka Bitwa Plastikowych Zolnierzykow z Wykalaczkami o Ulamany Rog Stolu

Juz dwa dni minely od natychmiastowej mobilizacji. Zbrojny regiment
maszerowal to w jedna, to w druga strone Swojej Polowy Stolu, mniej
wiecej do szuflady. Tam byl tak zwany ekoton militarny.
Chlopaki juz dawno nie cwiczyli, bedzie jakies szesnascie lat. Przez ten
czas wszystko prawie zapomnieli, farba zdazyla sie zluszczyc, ale napiete
plastikowe miesnie nie zdradzaly zniecierpliwienia, usmiechniete twarze
palaly checia zabijania. Dobre i to. Nalezalo ich tylko zapoznac z nowymi
technikami zabijania. Cekaemy z biegiem lat zastapily M16 i UZI; pojawilo
sie tez wiele technik obezwladniania wykalaczek.
Pogoda byla wysmienita. Pozolkle brzozy cicho szumialy. Slonce, dawniej
cieple, dzis bylo usmiechniete lecz zimne. Zmierzchalo.
Zaczynaly sie palic ogniska. Najpierw powoli, niesmialo by pozniej
rozblysnac feria jak bezchmurny niebosklon. Wydano posilki. Kasza i mieso
z puszki. Znow to samo. Przez dwa tygodnie, na stole, zywia ich tylko
kasza i miesem. Moglo juz zbrzydnac. Na szczescie i jednoczesnie na
nieszczescie jutro zaczyna sie decydujaca bitwa. Ona ma przesadzic o
wszystkim.

M.

Co sie stanie jutro?
O czym mysla zolnierze?
Co jeszcze moze sie wydarzyc?

Tego i jeszcze wiecej dowiecie sie w nastepnym odcinku.
***
Nadchodzę...

Wczoraj dostałem list z zagranicy. Właściwie się go niespodziewałem, aż tu nagle przychodzi. Cały uradowany, niespodzianka, a od kogo? Nie wiem. Nie przypominam sobie czy wogóle kogoś tam znam.
Otwieram, przerywam pieczęcie tajności i spełnienia mojej próżności. Gruby, coś szeleści. Drżę.
Może coś pięknego? Może zaproszenie do zagranicy, kartka na święta, los na loterię, może wygrałem tam pobyt na stałe i małe mieszkanie?
Nie.
Stoję na progu tej szansy. Każda niespodzianka jest zrazu piękną nastolatką, później złą teściową. Jestem już w połowie, ogarniony zwątpieniem. Boję się. Może ktoś pomylił adresata? Chyba, bzdura nie może istnieć nas dwóch w takiej małej miejscowości.
Jak to od nich to jestem już zimny trup.
Pocę się jeszcze bardziej, już dawno się tak nie pociłem.
Ciąć czy nie ciąć. Wątrpię ale tnę. Cóż żyje sie raz. Ale jaja. Rozcinam ją delikatnie, jakby była nitką łączącą z życiem, kopertę.
Wiatr trzasnął okiennicami, zagrzmiało.
Mogą wyłaczyć prąd - pomyślałem. Należy się pospieszyć. Ale jak?
Ulewa, nie było takiej od wielu lat.
Moga przylecieć, chociaż. Nie jest aby za zimno.
Oni wszystko mogą.
Podobno piraci dostawali kiedys takie małe krążki, czy zdechłe ryby.
Do głowy przychodzą skołtunione pomysły, część odrzucam. Pozostałe niewiedząc nic o tych poprzednich, skulone, zastanawiają się czy zagnieździć się na stałe, czy uciec.
Tnij człowieku! - nakazuję sobie. Może to nie oni!?
Przeciąłem, otwieram, folia z bąbelkami, potrząsam... Colera! Nic nie ma?
Ale oto wypada, nie wiem czy się cieszyć, płakać, czy klnąć, biały kartonik. Biorę go do ręki i pieszczę, chcę całować, odwracam.
W równym rzędku skreślono cztery litery, wersalikami, nowe słowo, poznałem wczoraj, znaczy dużymi literami, słowo D U P A.
Przez mgłę zwątpienia przebija się przeponą powietrze, zapełnia gardło i nos. Klatka unosi mi się jakby w konwulsjach. - Obserwuję to z boku. - Wybucham zwierzęcym niepohamowanym śmiechem. Trzęsę się cały. Nie mogę. Nie mogę oddychać. Śmieję się. Skrzeczę i śmieję... Nagle... budzę. Po moim ciele rozchodzi się, kłujące tysiącem igiełek, ciepło.
Skurcz, myślę, minął. Jakaś pani, ładna karmi mnie łyżeczką, coś mówi. Obserwuję pokój, biały, czysty, ale po co tyle tych telewizorów.
Ręce mam związane i nogi. Co się dzieje? Nerwowo mrugam.
- Spokojnie - mówi pani. - Ależ z pana wariat - wzdycha, uśmiecha się i wychodzi.
***
EPIZOD 1

Pogoda sie calkiem zepsula. Kaluze minionej nocy strasza caly ranek.
Zimny polnocny wiatr delikatnie szepce opowiesci, trzesacym sie z obawy,
drzewkom ibii.
Szary frachtowiec przemknal po niebie. Moze po poludniu bedzie ladniej.
Czuje sie nawet dobrze, fale sprzecznych uczuc jak zawsze przechodza po
mym zielonym wachlowatym ciele. Podrapalem trzecia faldke przedpaszczy
szpicowata konczyna. Moi zieleni koledzy leza porozwalani po buidach
(rodzaj przenosnej kanapy). Nie dziw, wczorajsza, wlasciwie dzisiejsza
impreza skonczyla sie nim zaszedl odstani ksiezyc Embrii.
Zaczelo sie to jak zwykle niewinnie, kolega Mouidi przyniosl dwie
niklowane butelki z falkonskim swojakiem. Brunatna ciecz, acz
nieprzyjemna w smaku i zapachu byla niesamowitym trunkiem. Skutkow
podobnych temu specyfikowi nie dawaly nawet mieszanki najwysmienitszych
ziol.
W konsekwencji dziadek czas przestal odmierzac sekundy i jakos
zlecialo.
A dzis, mozna by pisac poematy liryczne na temat bolu i cierpienia.
Spojrzalem w wizjer... mokro, okropnie zimno, mammo...
Chlopaki zaczely sie budzic. Mouidi, demiurg dzisiejszego wisielczego
humoru, wstal przeciagnal zwichrowane dwie pary dolnych konczyn,
strzelil z siedemnastu stawow lokciowych, osiemnasty mial zwichniety
po przedwczorajszej degustacji i popatrzyl z niewinna mina:
- Sami chcieliscie. - dodal w zapale.
- Taak... - odburknalem.
- Uuuops. - Jeknal Amuid, okragly dwunastotonowy seledynowo zielony
samiec. - Nie kloccie sie bananas (jak "amigos" po hiszpansku).
- A co robimy dzisiaj? - zapytal chrapliwym glosem Mauad.
- Proponuje wycieczke do Kamianokoi, pozniej wpadniemy do
Zouzy na zygzaki (u nas podobne sa do nich placki ziemniaczane smazone
na lisciu kapusty).
Chlopaki przystali ochoczo na propozycje
Najpierw jednak musielismy posprzatac moje queblo. Jak na samotnego
begleyts dosc duze. Przydzial dostalem od rzadu za moja scisle tajna
wspolpraca z miejscowym establishmentem Ale mniejsza o to.
Prace szly z niejakim ociaganiem sie. Czasem tez rozmawialismy na  
blahe tematy, na przyklad: o konflikcie termojadrowym w osciennej
Bahaeli, o dymisji szefa Polaczonych Sztabow Endila Duetryta,
o piersiach premier Madienty, o jej zgrabnym tyleczku ...
O! Zagalopowalem sie :).
W ten sposob dotrwalismy do 48 godziny (doba u nas trwa 96 h).
Zamknalem wlaz i zalogowalem sie w moim smigczu, koledzy mieli
swoje tuz obok. Odlecielismy...

EPIZOD 2  

Korkociag szybowal leniwie nad stolem, sztucce rozlazly sie jak
chlopski bicz, nie bylo gdzie oczu schowac. Dusza rozpostarta nad
kanapa zjadala kanapki. Synchronizacja obrazu nie dzialala.
Stara gazeta zjadla kota i chodzi nadeta jak paw.
Taki widok zastalem w jadalni pieciogwiazdkowego pawilonu
spozywczego siodmej planety. Wlasnie jalem sie reorientowac, gdy
zza winkla wyskoczyl z rozpaciezonymi ramionami moj dawno
niewidzialny kolega Hans alfons z przystrzyzonymi wasikami i
lubieznym bardzo interesownym usmiechem, pytal mnie ciekawskim
wzrokiem co tu robie. Ja wlasciwie nie wiedzialem co zrobic,
ucieklem w siebie, a on za mna. Zgubilem go za przegroda nosowa.
Wyskoczylem jak szydlo z worka, nawrocilem jak fryga i zawrocilem,
jego juz nie bylo.
Obudzilem sie...
Nie widze, wzrok jak gesta polac kiru przechwycila jakis obraz,
calkowicie dlan nieodpowiedni. Zamknalem powieki, oczy mialem otwarte,
wcale sie nie kleily Rozmowa tez, z nowoprzybyla pielegniarka,
przestalem i ulecialem. Poemablowalem ja przez moment jeszcze,
parsknela zem mizantrop i prysla.
Czar prysl. Obudzilem sie drugi raz...
Na obiad zraz, wymienie sztuczna szczeke na radioodtwarzacz.
Ugryze sie w reke i dostane zapasci w przepasci oraz slonecznej
dyzenterii. Slona sloma na moim radionadajniku, oni nie przyleca.
Dlllaaaaaaaaczeeeeegooooo :(
Zasypiam...
Premier do mnie dzwoni:
-Czy pan mnie obroni?
Nie wiem, nic nie wiem. Nie wiem, ze nie wiem nie wiem nie wiem
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem
nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem nie wiem

To be continued...
***
"Zła baba, a latarka nie świeci."

Ponad dniem i nocą, gdzieś między starymi bajkami, za kołami biegunowymi i siedmioma górami mieszkała sobie stara i brzydka baba...

Noc trwała już bardzo długo. Pojawiające się promyki słońca szybko gasły, najczęściej jednak w ogóle ich nie było. A świt jak zawsze nadchodził niespodziewanie i był szary jak twarz kominiarza.
Wstała jak zwykle późno. Po cóż by wstawać kiedy prawie zawsze jest ciemno. Naciągnęła na nogi stare zużyte walonki i postanowiła udać się do wychodka. Co prawda miała już łazienkę z nowym, błyszczącym sedesem, ale nikt nie zdołał jej wyjaśnić jak się z tego korzysta. Eksperymentów nie lubiła i nie robiła, a "te nowości to o kant dupy potrzaskać" powiadała sąsiadkom przez płot.
Wiatr przez noc nawiał na ganek grubą warstwę zeschłych dębowych liści. Energicznym machnięciem drzwi zgarnęła część w całkiem spory stosik.
- Później się obczyści. - powiedziała do siebie.
Powędrowała przez obszerny podwórek do drugiego gospodarskiego podwórza, gdzie już z daleka lśnił czerwony monolit okazałego, zabytkowego sracza. Dziś wydawał się jej jeszcze starszy. Właściwie był tu od zawsze. Już jej pradziadek o nim opowiadał. Co jakiś czas kopało się nową dziurę i przenosiło. Był bardzo ciężki, a po zamknięciu drzwi panowały tam egipskie ciemności, więc stałe wyposażenie stanowiła równie wiekowa latarka. Zazwyczaj nie zapalała się od razu i trzeba nią było kilkakrotnie wstrząsnąć. Później z wolna malutki promyk rozbłyskał w jaskrawy snop światła. Cienie robiły się mniejsze i można było w spokoju poczytać "Przyjaciółkę".
Cały tydzień jakieś dziwne przeczucie nie dawało jej spokoju. Najpierw zaczepiła się o schowaną w liściach gałąź starej topoli, później zabiła drzazgę pod paznokieć niosąc naręcze drewna. A teraz idąc w kierunku wysławionej sławojki łomotało jej serce. Zwaliła to oczywiście na karb starości. Przecież była stara. Codzień przeglądała się w lustrze, widziała zmarszczki i wiedziała że jest stara. Nie wiedziała jednak od kiedy?!
Szybki trucht zamienił się w marsz i na samym końcu z jakąś obawą weszła do środka. Zasiadła spokojnie nad wiejącą, pachnącą niezbyt ładnie, dziurą. Postanowiła zapalić "kaganek" by zakończyć lekturę tego poczytnego periodyku. Tym razem latarka nie dała się zapalić. potrząsnęła ją energicznie i ... nic.
- O k... - powiedziała przez nos.
Gdy nagle aromatyczny kloaczny zefirek zamienił się w zimną morską bryzę. Wiatr stał się nieco intensywniejszy, lecz jednocześnie cieplejszy. Coś się nie zgadzało. Właściwie to już nie siedziała lecz stała z uniesioną wysoko spódnicą w lewej ręce i gazetą w tej drugiej.
Gazetę w trwodze wykorzystała do konserwacji tylnej części ciała i dynamicznym ruchem upuściła garderobę zdając się na siłę przyciągania ziemskiego.
- Gdzież ja mogę być? - zapytała cicho, po czym głośno zawołała: - Hop, hop! Jest tu kto?!
- HOP! To dopiero w Bielsku Podlaskim! - odpowiedziało zwodnicze echo.
Przez gęstwinę gałęzi dostrzegła mrugającą latarnie morską. Postanowiła iść w tamtym kierunku. Gdy tak szła przez las obudziła śpiące już sójki, które jak wiemy są utrapieniem myśliwych. Ptactwo to podnosi wrzask przy najdelikatniejszym trzaśnięciu nawet najmniejszej gałązki.
Zacisnęła z wściekłością pięści i poczuła w dłoni starą wysłużoną latarkę. Nie koniec dziwów, gdy latarka zamieniła się w płonącą smolną żagiew przyoblekającą swym światłem wszystko wokół. Później wybiegły cztery myszki leśne i zamieniły się w piękne, kare wierzchowce. Wyturlała się skądś spleśniała dynia przyoblekając kształty karety. Strach na wróble ukłonił się babie, zrobił obrót, potem drugi i o dziwo stał przed nią nie kto inny jak przystojny stangret w złocistej liberii. Wtem z ciemnego nieba strzelił w babę piorun i odmłodniała o całe dwadzieścia lat, potem jeszcze widać było trzy błyski za którymi szybko pędziły głośnie huknięcia. I stała już nie baba ale prześliczna mołodyca. Bądź co bądź takiej sztuczki to sąsiadka doświadczyła po oglądaniu Kaszpirowskiego, mówiła że czuje się jak osiemnastka, na takową nie wyglądając. A tu nie dość że wizja to i fonia! Ludzie! Cuda w tej budzie!
Z krzaków wygramolił się, podciągając spodnie i zapinając rozporek, wiekowy szewc. W dodatku trzeźwy jak świnia, ale bardzo dobrze wychowany. Puknął w cylinder skąd wyjął czarodziejską różdżkę. Padł na kolana mówiąc "Przepraszam OMAJLEJDI!", całował każdy walonek z osobna, później dotykał go różdżką i zamieniał w złote koronkowe adidasy.
- Niech to czort! - zapiszczała cieniutko dziewczyna.
- W swoim czasie to się samo naprawi! - uspokajał rzemieślnik. - Sie naprawi ... Po czym zupełnie znikł. Ot tak rozpuścił się w powietrzu/W powietrzu nad lasem majaczyła jakaś plama burcząc jak stara WSK. To była gruba, rumiana krawcowa na odkurzaczu marki PREDOM. Opadła jakieś pół metra nad ziemię i poczęła wsysać ubranie dziewczyny do odkurzacza. A tamta dawaj się bronić. Nic to oczywiście nie dało i zamiast zostać goła jak Święty Turecki zobaczyła że ma na sobie przewspaniałą suknię z Paryskich Domów Mody i królewski diadem. Krawcowa też gdzieś się podziała. Została tylko młoda baba i powóz.
- Dokąd chcecie mnie zabrać, dobry człowieku? - zagaiła kierowcy.
- Na dancing do zamku. Gra BAYER FULL i Książe Wiktor szuka żony.
- A daleko do zamczyska?
- Widzicie panienko to coś co wygląda jak latarnia?
- Myhy! - przytaknęła.
- To wieża z reflektorem szperaczem. - odpowiedział ze znawstwem.
- A po co on tak szpera? A? - kontynuowała dialog bystra dziewuszka.
- A bo tak!
- Myhy!
W te pędy ruszyli na zamek. Nie minęła sekunda i byli na miejscu.
Weszła do zamku w którym gości witała głośna rockowa muzyka i zapach piwa oraz pieczystego. Stoły dosłownie uginały się pod niewyobrażalną ilością wiktuałów. A książę był piękny jak anioł. Wypisz wymaluj Majkel Dżekson. A może i piękniejszy.
Siedział smutny na swoim twardym, z czystego złota robionym tronie. A w chwili w której ujrzał naszą uroczą bohaterkę zapragnął z nią popląsać. Podszedł do niej i zagaił:
- Ej! Tańczysz?
- A właściwie to czemu nie?! - odpowiedziała z największą ochotą dziewczyna.
Przetańczyli tak całą noc. Ona, do adidasów nieprzyzwyczajona i on nadający ton. Trochę siedzieli na murku i rozmawiali, czasem się całowali a potem śmiali.
Zrobiło się trochę ciszej, gdy zabiły głośno dzwony...
- To spadam! - Ona.
- Zostań jeszcze! - On.
- Nie! Już muszę!
- Daj numer na komórę!
- Nie mam! -Ona.
... a po dzwonach trąbka, skądś znajomy dźwięk, uderzenia w drewnianą deskę i starczy krzyk:
- E! Babo! Ty tam śpisz czy co?! Potem do siebie: - Puścić z gazetą to gotowa nad ranem wrócić!
Ona się ocknęła. Nadal siedziała w ubikacji i na kolanach miała rozłożoną "Przyjaciółkę" na stronie 23, gdzie był artykuł "Rozczochrana dziewczyna ze wsi, czyli Kopciuszek XXI wieku. 20 sposobów poprawy makijażu." Latarka, wesoło świeciła a po podwórzu niósł się hejnał z Wierzy Mariackiej. Przecież to już północ i stary chciał ją wywabić z wychodka.
Cały wieczór była zła na latarkę że ta nie chciała świecić.

THE END
zek XXI wieku. 20 sposobów poprawy makijażu." Latarka, wesoło świeciła a po podwórzu niósł się hejnał z Wierzy Mariackiej. Przecież to już północ i stary chciał ją wywabić z wychodka. 
Cały wieczór była zła na latarkę że ta nie chciała świecić. 

THE END

Szukaj

Logowanie