Strona główna

PILOT:
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za kołem łamanym polarnym (niedźwiedziem?), za rowem, spodkiem, wychodkiem. Za wielkim jeziorem, miedzy szuwarami a torfowiskiem wysokim stało sobie  w miejscowości Lehener-Zimmernummer900415 kilka małych, drewnianych, trzeszczących na wietrze, krytych trzcina domków. W tych domach mieszkali szczęśliwi ludzie, którzy nigdzie się nie spieszyli. Mieli czas żeby ze sobą porozmawiać i czas płynął im na milej paplaninie.
Po podwórkach biegały im szczęśliwe psy, po niebie łatały brudnice mniszki...

Pośród zatopionych w słodkim słońcu i niebieskim niebie chmur górach, pomiędzy dwoma świerkami rosnącymi tuż przy drodze, szło dwóch przedziwnych wędrowców. Jednym był metrowej wysokości ryś, drugim bardzo duża żaba. Dziwne nie było to, że podróżowali sobie drogą, ale jak. Ryś szedł na tylnych łapach a żaba (po bliższym przyjrzeniu dowiecie się, że to był kumak) hycała do przodu wybijając się ze wszystkich czterech łapek.
Rys miał na imię Ryszard, kumak Franciszek (dla przyjaciół Franek).
- Jak sądzisz Rysiu, kiedy dojdziemy do jaskini. - zapytał kumak.
- Franiu - odpowiedział ryś. - Prawdopodobnie będziemy tam dopiero jutro gdyż mamy bardzo wolne tempo. - Spojrzał przy tym tempo na otaczający ich krajobraz. Ten ostatni otaczał ich już od dwóch tygodni.
Ni z tego ni z owego kumak zaczął rytmicznie stepować.
Ryszard uśmiechnął się pod wąsem, zmrużył oczy i pomachał uszkami zakończonymi pędzelkami. Zawsze tak robił, gdy chciał powiedzieć coś zabawnego.
- Taki z ciebie Fred Aster jak ze mnie Ryszard Zawilec. - rzekł przyciszonym głosem licząc na to, że Franek go nie słyszy. Zrobił przy tym tą śmieszną minę. W ogóle Rysiek był zawołanym żartownisiem.
- Coś mówiłeś? - zapytał zaaferowany płaz:).
- Nie, nie, to do siebie. - odrzekł ssak z rodziny kotowatych.
Szli przez dłuższy czas w milczeniu. Spadały gwiazdy, chyliło się ku zachodowi słońce, żółty motyl (Latolistek cytrynek) przesłonił tarcze SUN SZAINA (to po angielsku), ciepły wiatr przeganiał nasiona dmuchawca (Taraxacum officinale), zaczęły śpiewać słowiki, w krzaczkach chrumkały dziki (Sus scrofa), gdy niespodziewanie ryś zapytał:
- Franek a właściwie na którym roku studiów ty jesteś?
- Na trzecim w Wyższej Szkole Kumaków, ale zamierzam zacząć uczyć się zaocznie na Politechnice Bobrzej w Inowrocławiu.
- To bardzo ciekawe. Znasz może jakieś języki?
- Bardzo dobrze ptasi w odmianie gołębiej i euroazjatycki żabi drugiego stopnia.
- Można rzec, że jesteś leśnym omnibusem.
- Można rzec, można rzec. - z westchnięciem odpowiedział Franciszek.
Od dwóch dni cos dziwnego działo się z Franciszkiem. Stal się markotny, małomówny, mało jadał i byle co.
Milczeli dłuższą chwile. Ryszard jako dżentelmen nie chciał pytać o stan zdrowia kumaka.
- Franku, co ci jest? :) Źle się czujesz?
- Wiesz, najadłem się tego zielonego z żółtymi kwiatkami (konkurs: co to jest "zielone z żółtymi kwiatkami?" SMS o treści TAK/NIE wyślij pod numer 7713:) i strasznie rozbolał mnie brzuch. Pewnie dlatego jestem taki zielony na twarzy.
Rys wyjął z kieszeni dwie ziołowe tabletki i podał zbolałej "żabie".
- Zostały mi tylko dwie tabletki Ranigasu. Kiedyś jak zjadłem takie szare, z dwoma długimi uszami i podskakujące tez mnie brzuch rozbolał.
Kumak w podzięce wyjął torebkę landrynek i poczęstował rysia mówiąc:
- Białe są najlepsze.
Po dziesięciu minutach Franciszek uśmiechnięty od ucha do ucha (dwa kłykcie potyliczne? :), Ryszard obracający w uściech dwie landryny. Kolorowe motyle (rusalka pawik, wstęgówka jesionówka, brudnica nieparka) kreśliły w powietrzu ode do radości. Wstęgówka niczym słynny Waldo Pepper beczkę, korkociąg (i wino?).
Wiewiórki na okolicznych sosnach bawiły się w wojnę na szyszki. Mniejsze były Irakijczykami, a te większe, zwycięską koalicja. Robiły taki hałas, ze boreczniki na sąsiednich pędach zamiast pałaszować igły robiły meksykańską fale.
Po chwili oczom ich (dwom wypukłym i dwóm skośnym) ukazała się przesieka, następnie polana kończącą się górą. W owej górze na samej górze zbudowano/wykuto małe pueblo.
- Oto i one. Jaskinie Wyższej (bo na samej górze... zmieniłem uczelnie? :) Szkoły Gospodarowania Zasobami Niezagospodarowanymi, Urządzania Imprez, Birbanctwa, kakofonii i Małpich Sztuczek (w skrócie WSGZNUIBKiMS).
Mówiono, ze pełnej nazwy nawet sam rektor nie pamięta, a skrót zdołali zapamiętać dwaj doktorzy w togach podobnych do habitów (doktorzy habitatowani).
W jaskiniach paliły się nieliczne ogniska oświatowe (oświecały twarze i nie tylko). Studenci prawdopodobnie odrabiali prace domowa z Urządzania imprez, Kakofonii i Birbanctwa.
Z jednej jaskini wyskoczył srebrny lis, ufarbowany na zielono z zimnym ogniem w łapie, śpiewając:
"Na sen, już nie wezmę nic".
Ogólnie, panował niezły rozgardiasz. Jaskiń było sztuk czternaście. Birbanctwo miało swoje trzy akademikoskinie: Nora, Chlew, Jama na samej górze góry; Kakofonia I Gospodarowanie (bardzo nieliczne wydziały) akademiki wspólne: Loch, Ness, Studnia, Ciemność po środku góry z lewej strony. Prawa stronę zajmowały Małpie Sztuczki: Jaskinia, Kanał, Wykop, Wywiert, Przeciąg. Urządzanie Imprez swoje domy miało na samym dole (wyłącznie ze względów praktycznych, czyli uniknięcia swobodnego przemieszczania się pozostałości poimprezowych): Lej, Keson, Syfon.
- Gdzie idziemy? - zapytał grzecznie rys Ryszard.
- W Ciemność. Sorry. Do Ciemności. To akademol Gospodarowania - równie grzecznie odpowiedział kumak Franciszek.
Wspólnie i grzecznie poczęli się wspinać po skalnej ścianie w której na szczęście były wyciosane skalne schodki.
Franciszek zażartował:
- Ciemność. Widzę ciemność.
Po czym obaj parsknęli ze śmiechu.
W bocznym aneksie wyjścia była mała portiernioskinia. Zbliżywszy się ciut do niej kumak westchnął:
- Kurde! Dziś borsuczyca Zenobia. Mogą być problemy.
Nagle zagrzmiał zachrypnięty baryton:
- O której to się wraca?!
Podskoczyli obaj. Franek nie tracąc rezonu pokazał na zegar słoneczny na swojej lewej przedniej łapie i rzekł z uśmiechem:
- Zegarek mi stanął.
- A to kto? - wskazała na postać, skulona ze strachu postać, stojąca tuz obok.
- To mój kolega z innego wymiaru, znaczy się wyższy - tu mrugnął do portierki i kontynuował: - Uczyliśmy się razem w Leśnej Szkole u Gajowego Maruchy.
- Niech zostawi dokumenty i idzie - zwróciła się w trzeciej osobie bezpośrednio do Ryska.
Rys zastrzygl uszami, mrugnął jednym slipkiem.
- Dziękuje. Bardzo pani łaskawa.
- Niech nie dworuje i już idzie - trochę jakby uprzejmiej i łagodniej dodała borsuczyca.
Weszli do jaskini i zgasło światło.

Ranek przyniósł nieprzewidziana migrenę i globusik. Jakieś ruchy w żołądku i ogólny niepokój. Jaskinia. Jaskinia wirowała przedziwnie.
- Co się stało? - zapytał zachrypnięty rys.
- Nieprzewidziany fakultet z imprez. - równie chrypiaco odpowiedział kumak.
- Chyba zaliczony celująco.
- Co robimy dzisiaj? W sobotę. - dodał z naciskiem chcąc zapobiec innym niespodziewanym fakultetom.
- Może poleniuchujemy?
- O co to nie! - odparł Ryszard. - Nie w takim celu tu przyjechałem. Miały być przygody i atrakcje.
- Wiec dobrze, dziś udamy się do środka dzikich ostępów, będziemy wojować ze zbójem Rafałem o Dzikie Bagno i cos tam jeszcze wymyśle.
Z trudem dwie głowy (co dwie głowy to nie jedna), może nie równocześnie, acz prawie, podniosły się z bolesnym, niemym westchnieniem, z poduszek w czterolistne koniczynki.
Wyposażenie sali nie było niezwykle. Wręcz przeciwnie. Dwanaście łóżek z czarnej dębiny stało w dwóch rzędach. Nad każdym łóżkiem umieszczono półkę na podręczniki i kosmetyki.
W odległym końcu pomieszczenia, gdzie za przepierzeniem znajdowała się jaskinia łącząca (łączyła bowiem cztery jaskinie wewnętrzne, takie jak ta, aneks portierni i piec jaskiń lazienkowo-kloacznych) błyszczał czytnik oczu z dioda w kształcie biedronki, który identyfikował otwierających drzwi.
Po szybkiej bolesnej pobudce, łyku serwatki cioci Edzi, narzuceniu kalesonów tyłem nazat (bądź na zad:) ukazał swe oko, z pionowa źrenica Franciszek, czerwonej biedronce.
Na znak, ze wszystko jest ok. biedronka mrugnęła i powiedziała głosem borsuczycy Zenobii: - Kumak Franciszek, trzeci rok, Gospodarowanie Zasobami Niezagospodarowanymi, danied akces (pol. znaczy: wolna droga).
Ciężkie kamienne drzwi uniosły się do góry z lekkim buczeniem siłowników. Chłodny wietrzyk orzeźwił ich rozognione czoła. "Żaba" podała rysiowi batonika selerowego braci Grimm:
- Nu, nazci. Bier jak dają (ostatnio naogladalem się 4pancernych).
- Dzięki.
I mlaskawszy pomknęli dalej.
Do tej pory ja sam nie wiedziałem, ze rysie i kumki jadają takie rzeczy; lecz jeśli zjedli i nie stało im się nic złego, znaczy ze jadają.
W jaskini łączącej nie było nikogo. Powód był jeden i taki sam. Była sobota i było już dobrze po jedenastej. Aneks portierni był pusty.
W drodze do kamiennych schodków minęli pozostałości po ognisku i fakultecie. Ryś Ryszard lekko się nawet skrzywił.
Po chwili ujrzeli przecudna panoramę. Puszcza Jodlowo-Bukowa pośród której wznosiły się wierzchołki skal piaskowych. Nad drzewami przepływały leniwie obłoczki mgły.
Piaskowce trochę niższe od kompleksu akademickiego i całkowicie niezamieszkałe. Miejscowi opowiadali dzieciom (żeby je przestraszyć i zakazać wstępu do lasu) legendę o Lamparcie Rozbójniku strzegącym przełęczy, tęczy i nieproszonych gości karzącym i torturującym.
W ubiegłym roku napisano w "Jaskiniowcu codziennym" (pismo akademickie), ze dwa tygodnie więził dwie łasice. Podobno, gdy wróciły miały potargane futerka, rozmazany makijaż i nieszlo się z nimi dogadać. Ciągle były zamyślone, jakby w innym świecie.
Pokrzepiający promień słońca przywrócił podróżników do rzeczywistości.
- To tam - wskazal łapą Ryszard - idziemy? Gdzie on... - już nie kończył.
- Tak. - cicho odpowiedział płaz bezogonowy. - Ale emocje! Co? :)

***
Zostawiłem naszych bohaterów zmierzających ku przygodzie, by mogli chwacko spędzić dzien. i zasłużyć na śniadanie. Dlaczego dopiero na śniadanie? Tego będzie dotyczyła ta opowieść.
- Ale emocje co?
- No! - odparł rys Ryszard z Kotowatych, herbu zakrzywiony pazur.
Schodząc z góry, po osuwających się piaskowcach (schodki układane najprawdopodobniej po fakultecie z Birbanctwa) widzieli białe cumulusy bawiące się ze słońcem (w zajączki:) w zapasy.
Trzy orły przednie i dwa tylne sunęły po morzu nieba, którego bezmiar przesłaniały dwa olbrzymie świerki a na nich popielice kłóciły się o szyszkę (one chyba są mięsożerne lub jajozerne, ale za dużo było by wiewiórek na jedna stronę bieżącą powieści:) i ta spadla na głowę kumaka wyrywając go jednocześnie z zamyślenia:
- O kur... de - dodał po namyśle.
- Co się stało? - zręcznie podjął dialog Rysiek.
- Wpadł mi do głowy pewien pomysł.
- No...
- Idąc do tego czarciego chwosta moglibyśmy, po drodze zresztą,


Caprifolium    Droga do kryjówki zbója Rafała
\\    //
\\  //
\\//
||
||
|| Punkt opowieści


wpaść do karczmy w Caprifolium na łyk czegoś zimnego do picia.
- Na pewno doda nam odwagi w potyczce z Lampartem Zbójem Rafałem - mrużąc oczka, wystawiając dwa rzędy ostrych ząbków (w uśmiechu) powiedział interlokutor kumaka Franciszka.
Po woli zaczęła się pojawiać cywilizacja. Pierwszym symptomem było soczyście zielone kartoflisko pełne krwistoczerwonych larw stonki ziemniaczanej (zdaje się należą do biedronkowatych). Następnie pole z dojrzewającym kłosami pełnymi wólka zbożowego żytem.
Leśny dukt pokryty opadłymi igłami i liśćmi buka zastąpiła piaszczysta dróżka z miałką nawierzchnia, która miała właściwość pochłaniania dwóch podróżników po kostki, przy każdym kroku.
Pojawiły się pierwsze domki. małe drewniane, kryte trzcina. Okiennice piszczały na wietrze z powodu nienaoliwienia zawiasów. Drzwi zresztą tez skrzypnęły otworzone przez zaciekawionego przybyszami gospodarza. Tęgi jegomość o rumianym obliczu rozejrzał się, podciągnął gacie przewiązane konopnym sznurem i podszedł do płotu zrobionego z brzozowych gałęzi.
Umorusane dzieci, które jeszcze przed chwila bawiły się w berka ucichły.
Mężczyzna zagadnął do rysia i kumaka ściszonym głosem:
- Nie potrzebują może turyści okowitki!? E?!
- Nie wujku bobrze - odrzekł kumak. - Ale następnym razem jak będzie trza to wpadniem - nieświadomie naśladował ton rozmówcy.
- A zapraszam, zapraszam - odwrócił się i poczłapał po gumnie w stronę (na stronę) zupełnie inna niz. dom, do domku z serduszkiem.
Po lewej minęli wielkiego jesiona. Ryszard zapytał pytaniem retorycznym:
- Ale masz znajomych?
- A mam, mam - merytorycznie odpowiedział na pytanie retoryczne.
Dalsza droga do centrum osady, przez podobny do siebie urbanistycznie krajobraz, nie nastręczała wartych opisania przygód. Nastręczał je natomiast ktoś zupełnie inny.
Stal dwadzieścia metrów przed knajpa i pytał przechodniów:
- Może lisice na dwie godzinę, trzecia gratis, za osiem koron, prawie darmocha, świeży import zza wschodniej granicy?
- Odwal się - odparł kumak, gdyż sprzedawca był zbyt natarczywy.
Przed nimi stanął w całej okazałości, okazały (wysoki?) bar... "Pod końskim chwostem" z zewnątrz podobny do pozostałych domków we wsi, poza szyldem z końskim włosiem i drzwiami żywcem wyjętymi z amerykańskiego filmu o kowbojach (chłopcach od krów).
W środku. Cóż. W środku było ciemno, duszno, ciasno i nieprzyjemnie pachniało. Widać nazwa nie powstała sobie z nikąd.
Rys na dwóch łapach (na jednej łapie = na jednej nodze) zaczął się wycofywać.
Franciszek chwycił go za kolano (znajdowało się dokładnie na wysokości jego ramienia, bez skojarzeń!:) i przytrzymał mówiąc:
- Maja świetne tanie piwo i wegetariańskie parówki.
Franczesko zawahał się (zadyndał i zakukał?:) i w końcu został.
Pomimo egipskich ciemności i tłoku kelner kuc wskazał im przyzwoite miejsca i przyjął zamówienie, które brzmiało:
(Dla mnie piwo a dla Helmuta kola? Nie.:).
- Litr piwa jaśminowego, dwa kufle i dwa talerze grilowanych kiełbasek z tofu i kotletów sojowych.
- Sie robi - odpowiedział nieparzystokopytny, uśmiechnął się (bo koń by się uśmiał:) i zabawnie strzelił tylnymi kopytkami (na nich właśnie chodził, jak Elvis Presley).
- Za barem stal gniadosz siwek pełnej krwi o umaszczeniu brunatnym. Przekazał zamówienie do kuchni, nalał piwa.
Po chwili krótszej niż pięć minut na stole stal dzbanek wyśmienitego, lekko zielonego trunku i talerze z parującą wędliną.
Piwo spływało po podniebieniu jak gorzki strumyk. Na początku lodowaty, gaszący pragnienie, później chłodny, przynoszący ukojenie i dobre samopoczucie.
Parówki? Istne szaleństwo smaku. Ambrozja.

***
Po trzech dzbankach...
Szybcy jak ryjówki, odważni jak lwy z piosenka na ustach: "To nie ja byłam Ewa" (słowa Jacek Cygan) wędrowali szewcy przez zielony. Szewcy? Hmm. Musiało mi się cos pokiełbasić. Poparowczyc:). Szybcy? Jak szewcy?*
Las zdawał się nucić: "Aaa, były sobie kotki dwa". Drzewa zdawały się kołysać do snu. Mięciutka murawa pachniała słowem "Dobranoc".
...
Budzimy ich? Jasne, ze tak! :)
- Wstawać! Zwiedzać! - narrator.
- Spałem i szłem. To ty krzyczałeś Franciszku?
- Nie, ale tez szlem śpiąc. To pewnie czary.
- Pewnie tak.

I jakby te słowa wywołały magie zewsząd rozleciały się kruki w czarne niebo, głośno kracząc. Rys zjeżył skore, kumak lekko się zawiewiorzyl (podskoczył do góry z przestrachu).
- Co to było? - zapytał Ryszard.
- Chyba zbliżamy się do magicznej, opuszczonej cegielni imienia Cegielskiego.
- Powiedz mi, dlaczego ona jest taka magiczna?
- Dawno, dawno temu jak powstawała cywilizacja na tych terenach i
osiedlali się pierwsi mieszkańcy, którzy potrzebowali cegieł, wraz z nimi pojawił się stary ceglarz Hieronim Kruk. Miał długą brodę, cały był siwy i nigdy nie szczędził dobrego słowa.
Niestety miał pienna żonę, dla której zrobiłby praktycznie wszystko. I wszystko dla niej robił (O! Drugi Wokulski/Wokólski! :).
Bestyja miała niesamowite pomysły. Świeżych poziomek chciała próbować zima, w śnieżki bawić latem. Słowem anomalia.
Hieronim był bardzo pracowity. Już w pierwszym roku wybudował ta właśnie cegielnie i piękny domek w Caprifolium. Żona nie próżnowała wymyślając rożne brewerie. Było ich bez liku. Kruk ze zgryzoty zrobił się kompletnie biały :) i chudy jak pałąk, przezroczysty jak pergamin i biedny jak mysz. Po pewnym czasie przestał być miły i z dnia na dzien. stawał się coraz bogatszy.

Cegielnia upadla, ale on nie przestawał się bogacić. Podejrzewano, ze palce macza w tym cos nieczystego. (Spotykano ślady brudnych rak w opuszczonej cegielni, a co rak nie myje musi być nieczyste:). Szeptem powtarzano pogłoski, ze podpisał pakt z czartem. Pogłoski wygnały wszystkich mieszkańców Caprifolium a wybredna żona porzuciła, jak go nazwala "starucha". On zwariował i zniknął. Ponoć nigdy nie odmawiał czary Bachusowi.
I jakby wykrakali:
- Kra, kra. Siema turyści! - na drogę wypełzło straszne straszydło. Blade jak prześcieradło, trzęsące się jak topola osika. O oczach koloru dojrzalej kaliny koralowej.
Podróżnicy ze strachu zaczęli biec w rożne strony i wracać, zderzając się kilkukrotnie. Licho, nie wiadomo jak (ono samo na pewno wiedziało, bo "licho wie") było w każdym kierunku w którym chcieli uciec.

- Cha, cha cha. Nie bójcie się. Nic wam nie zrobię. - zaskrzeczało licho.
Dopiero, gdy stwór powtórzył trzykrotnie, ze nic nie zrobi naszym bohaterom, ci zwolnili bezsensowna ucieczkę. Później już zupełnie świadomie spojrzeli w stronę strasznego widowiska. To co wyglądało jak białe prześcieradło okazało się być istotnie białym prześcieradłem. Czerwone oczy okazały się czerwonymi oczami. Wiec niby wszystko na swoim miejscu. Lecz co mogło wywołać cale to zamieszanie. Owy przestrach paniczny/panoramiczny. Była to... latarka, która postać trzymała pod prześcieradłem, skrzeczący kruczy glos, straszna opowieść i odór unoszący się nad nietrzeźwą postacią.
- Chodzę tu już drugi rok i nie mogę się wydostać. - w pijanej czkawce mówiła postać. - Nie wiem co mi jest. Hik. Nic nie jem i nie pije. Hik. I patrzcie w jakim stanie jestem. Hik. Moja żona. Hik. Czarodziej. Hik. Już jej nie ma. Hik.
- Spokojnie dziadku. - zaczął Ryszard. - Będziemy cierpliwi a ty nam opowiedz cala historie.
Pominąwszy owy "Hik" i nieskładność pijanej opowieści białego kruka historia była bardzo podobna do plotki. A wiec (od którego nie powinniśmy zaczynać zdania:) żona, cegielnia, poziomki latem, śnieżki zima. Gdzieś tam w przeszłości interesy z potężnym czarownikiem którego oblubienica stała się szanowna małżonka postaci na drodze. Ceglarza potraktowano zaklęciem nietrzeźwości III stopnia i delikatnym czarem zapomnienia i bezsensownego krążenia w kolko.
- Dziadku kruku. Zabierzemy cię ze sobą i później odstawimy do Leśnej Kliniki im. Poprocha Cetyniaka dla Zaczarowanych Zwierząt prowadzonej przez mniszki popielice.
Poczęli kontynuować podroż w kierunku kryjówki Rafała. Dziadek wyrywał się im i wracał do miejsca w którym zazwyczaj straszył i opowiadał od początku historie swojego małżeństwa.
Na drogę wyszedł Jeleń Hubert.
- Huberciku!? - zagaił kumak. - Czytałeś scenariusz?
- Co? A! Sorry! - i zniknął.
Nadmienię, ze pojawił się za wcześnie. Oficjalne pojawienie się jelenia nastąpi za dwie strony w momencie opuszczenia kamieniołomów "owego czarciego chwosta":).
Dziadek został znokautowany przez kumaka wysokim wyskokiem i uderzeniem z główki (nic zdrożnego, tylko w celach leczniczych :) z drugiej strony "cele lecznicze" :)) takie z kratami). Ryś przerzucił dziadka przez ramie i tak szli wesoło gwiżdżąc. Wesoło bo księżyc święcił rogalem, gwiazdki wesoło mrugały a jedna błyszczka jezynowka (Autographa gamma) upojnie grała na źdźble trzcinnika leśnego (Calamagrostis arundinacea). Słowem sielanka.

***
No i był ten Kumak. Rys tez był. I sobie szli. I była noc. I gwiazdy. I byli oni, którzy sobie szli niosąc tłumok, którym okazał się być ceglarz. Mijali przydrożne wrotycze i solidago stojąca nago (przekwitła:). życie sennym ognikiem oświetlało od wewnątrz ich ciała i nie pozwalało niemym okrzykiem (patrz... oxymoron:) zamknąć okna przez które wygląda rzeczywistość, znaczy się oczu.
Ciepły wiatr bawił się kosmykiem włosów na lewym uchu Ryszarda Kota Rysia. Zaspany Kumak już ledwo kumał i niby podskakiwał, ale jakoś inaczej.
I poszli w krzaczory zabić komara:).

Rano, wtedy kiedy słonce się nieśmiało uśmiecha, macha raczkami i krzyczy donośnie: - Dzien. Dobry, kiedy kogut liliput pieje kukuryku, a śwince tylko nos wygląda z kałuży, gdy gęsi dumne jak poduszki cedzą cos przez nos, a bociany niezrozumiale klekocą i prostują skrzydła by je osuszyć z porannej rosy na nos Rysia spadla igła sosnowa. Kot zaczął śmiesznie marszczyć wachal, kichnął i obudził się. Budząc się obudził również i Żabę i Kruka. żaba przeciągnęła się i ziewnęła. Kruk tylko ziewnął, ponieważ stal unieruchomiony odcinkiem liny z porządnym węzłem:).
- I ta moja żona uciekła... - zaczął, widząc jednak zaciśniętą pieść Franciszka nie kończył (w poprzednim odcinku Kumak znokautował go lobem z wyskoku).
- Czołem Panowie! - zagadnął wesoło i niespodzianie przechodzący w pobliżu Rohatyniec nosorożec (Oricetes nasicornixs). - Spacerujemy co? Z więźniem?
- Nie Pańska sprawa! - odpowiedział Ryszard.
- No i ona z tym czarownikiem... - zaczął i ponownie przestał (po ponownej ingerencji Franka) Kruk.
- Widzę, ze to jakąś grubsza afera.
Afer ostatnio w lesie było bardzo dużo, np. afera rybna u kormoranów, afera kurza w której uczestniczył lis. I afera orzechowa, gdzie wiewiórkom zniknął cały zapas orzechów.
- I tu się Pan mylisz, Panie Rysiu. - po czym wyciągnął książeczkę koloru kory sosnowej. - Jestem funkcjonariuszem Straży Leśnej i mam wszystkie uprawnienia.
- Po pierwsze nie pamiętam żebyśmy pili bruderszafta, po drugie... - Tu rys wyjął ze skórzanej kieszonki na piersi dokument złożony z dwóch liści dębowych, rozłożył ja następnie i pokazał. Pod dość zabawnym zdjęciem z lewego profilu i podpisem widniała nazwa "Straż Ochrony Przyrody". -
Prószę Pana jestem tajnym agentem SOP.
Później podał Rohatyncowi zawiniątko z liści łopianu w którym kryły się: grzebień bez zęba, kłębek drutu, magnes, dwa zielone kamienie oraz uprawnienia nadane przez Związek Oddziałów Leśnych z siedziba w Colchicum.
Rohatyncowi Nosorożcowi zrobiło się strasznie głupio. Jeszcze głupiej zrobiło się, gdy dowiedział się, ze związany kruk jest niespełna rozumu.
- Przepraszam. - powiedział Orycetes nasicornis.
- Ależ nic się nie stało. Wykazał Pan jedynie podstawowy obowiązek obywatelski i gorliwość godna funkcjonariusza na służbie. Złożę wniosek do Centrali o przyznaniu Panu orderu bukowego pierwszej klasy.
- Niegodnym, niegodnym.
- Zasłużyliście, ma się rozumieć.
Przed rozstaniem, choć rozstawali się w pośpiechu, wystarczyło im jeszcze czasu na zapomnianego bruderszafta i spisanie numerów służbowych poczty polowo-lesnej w celu dłuższej owocnej współpracy.
I żaba tam była i się tez napiła.
(...)
Na pozostawionej przez chrząszcza mapie sztabowej (oczywiście do dalszych celów operacyjnych) sprawdzili swoja lokalizacje. Kierunek północny wskazywał im oczywiście mech co drzewa porasta.
Okazało się, ze do kryjówki Zbója Rafała Lamparta Czarciego Chwosta było niecałe pół mili bagienno-lesnej (mnie natomiast dziwi, ze Zbój nic nie zrobił aby położenie kryjówki znikło z mapy).
Droga przestała być żwirowa i zaczęła być piaskowa i wąska, wąsiska, wąsiszcze, nie szeroka :), przedpołudniowe słonce przechodzące przez szpaler drzew zostawiało na niej złociste paski. W chłodnym wilgotnym i nasyconym sosnowym zapachem powietrzu słychać było skrze kot sojki (Garrulus glandaris) (znów wyrzucała swojego męża łajdaka z dziupli) oraz krzyki Pani Słowikowej budzące Pana Słowika przed śniadaniem, który uwielbiał wieczorne spacery przy księżycu, szczególnie przed kolacja złożoną z galarety z komarzych nóżek, porannej rosy, potem spal do dwunastej.
Z pomiędzy szczawików zajęczych (Oxalis acetosella) wychynęły dwie ryjówki. Jedna jakby aksamitna (Sorex araneus) i druga mniejsza (Sorex minutus). Zobaczywszy zbliżającą się, dziwnie wyglądającą i głośno rozmawiającą zgraje czmychnęły z powrotem przez malinę kamionkę (Rubus saxatilis) w ciemna ściółkę.
- ... przed tym świętem czerwonym w Leningradzie wieszano olbrzymi afisz (a ryba:). Każda litera ważyła ponad tonę. Prace nadzorował towarzysz Wołk. Nagle jedna litera spadla z dźwigu wprost na towarzysza Wólka. Wszyscy się przestraszyli, ale po chwili towarzysz wychodzi spod litery, otrzepuje się i mówi zdziwionym widzom: - Niczjewo, eto tolko mjakkij znak. - opowiadał Franciszek.
- Nie rozumiem, co to jest mjakkij znak? - zapytał Rys.
- To taka litera. - odpowiedział Franek.
- Dlaczego ta litera nic nie zrobiła Wołkowi? Przecież była bardzo ciężka?
- Zapomnij o tym rysiu.
- A o czym?
Szli w milczeniu jeszcze przez kilkadziesiąt metrów gdy las się przerzedził. Miedzy sosnami rosły brzozy i kilka małych dębów czerwonych (Quercus rubra). Na rzadkich kępach czeremchy amerykańskiej:) siedziały jemiołuszki. Kępy przesłaniała kilkunastoletnia brzoza na której wisiała przekrzywiona tablica z kory świerkowej z napisem "Keep out!". Napis zręcznie poprawiony czerwona kredka woskowa na "Keep youth!" zmieniał na znaczeniu.
Podeszli bliżej. Kumak był krótkowidzem, ale wstydził się nosić okulary i wmawiał sobie, że okulary optycznie zwiększają wielkość oczu i z tego powodu miał spory kompleks i problemy z czytaniem.
Kilka metrów za znakiem, ziała unoszącym się w ciepłym powietrzu smrodkiem, przepaść. Przepaść między porządkiem a nieporządkiem, miedzy rozsądkiem a nagłym porywem, miedzy innymi dziura w ziemi. Za nią na początku za zielonym obiegiem górskim, unosił się zazieleniony stok wystrzeliwowywujacy w wysoka górę płaską na górze i porośniętą sosna górską (Pinus mugho).
W dole przy malej jaskini stal niewielki szałas. Między szałasem a jaskinią stojała stara, poczciwa i bogato kuta pompa wodna. Pod pompą stojał zgięty w pałąk winowajca całego zamieszania, obiekt zazdrości gości, obiekt oręży męży i zainteresowania płci odmiennej.
Kumak, niewidząc oczywiście na co stąpa, stąpnął na sucha gałąź, konar co leżał na brzegu brzegu. Zbój Lampart Leopard III Rafał co stojał i sobie na łeb pompował przestał stojać i pompować, a zaczął się oglądać i węszyć podstęp, który ukrywał się w krzakach na górze i trzaskał gałęziami. Pozostałe podstępy pochowane w krzakach nie stojały na konarach i nie były wliczone w dochodzenie drapieżnika.
Drużyna pierścienia wprawdzie nie miała, ale zapał iście Tolkienowski. Cofnęli się przed krzaczory, w pobliże znaku któren zabraniał był wstępu pieszym i zmotoryzowanym również. Na drugiej stronie drzewa grubym arkanem związała kruka z wyżej wymienionym drzewem. A, że związany ptak miał wysokość dokładnie 1,3 m. Ryś i Franciszek wybuchnęli śmiechem.
- Patrz Franku, pierścienica! - w paroksyzmie śmiechu powiedział Ryś.
- Chyba piersionica. - poprawił go Franciszek.
(Tu nadmienię, że średnica drzewa mierzona na wysokości 1,3 m zwana jest przez dendrometrów pierśnicą).
Obaj śmiali się jeszcze cicho przez kilka minut. Cicho dlatego, żeby nie usłyszał ich obiekt docelowy poszukiwań, tyran i torturator, torturor, tortor czy jakoś tam.
Lampart Rafał zakończył toaletę i począł zawracać do szałasu, gdzie narobił hałasu i szybko wyszedł. Niczego nie podejrzewająca "Drużyna pierśnicy:)" schodziła pośród bujnej kosówki w dół.
Lampart jakoby coś zwęszył bo spojrzał prosto w drapieżne oczyska rysia Rysia. Rysiowi z wrażenia zaokrągliły się źrenice.
Skryli się szybko w gęstwinie i zamarli. Widocznie był to zbieg okoliczności, ponieważ zbój podszedł do pompy, na której zawiesił sznur do bielizny i rozciągnął go do brzegu schronienia. Na ten zawiesił mokry ręcznik i schował się do jaskini. Najpewniej szałas w upalne dni nie dawał chłodu.

***
- Rozdzielmy się. - powiedział Kumak Franciszek. - ty pójdziesz prawym stokiem, a ja zaskoczę ich z tyłu.
- Doskonały pomysł. - odparł Ryś.
Jak też pomyśleli, tak też zrobili.
Kumak skacząc stokiem górskim opuścił bezpieczne schronienie wracając na trakt, gdzie skręcił nieco przed znakiem w prawo w dróżkę prowadzącą na tyły kryjówki Zbója Rafała Leoparda Po(d)rywacza. Ryś natomiast zszedł w lewo zbocza i powędrował między sosnami (Pinus sylvestris & Pinus mugho - dość dziwna a kombinacja?:) w kierunku nory wykopanej przez lisa (Vulpes vulpes) lub borsuka (jak wiadomo lisy mogą wykorzystać również borsucza norę) prowadzącą (jak w Alicji w krainie czarów) do podstawy zbocza.
---
Dwa gatunki rusałki (pawie oczko i kratnik) przelatywały spokojnie nad kwitnącym storczykiem kukawką (chyba nie rośnie w górach, ale na potrzeby opowiadania rośnie:) kreśląc spokojnie skomplikowane piruety pierzchły z przestrachu na widok wypadającego z ziemi potwora, który charczał, skakał i wymachiwał łapami.  Był to oczywiście ryś Ryszard, główny bohater opowiadanie "O rysiu Rysiu i kumaku Franciszku" bestsellera leśnego:).
- Kurde, kurde, aaa... krude. - szeptał szpetnie z powodu nasypanego do oka piasku i turkucia podjadka (Gryllotalpa gryllotalpa) za kołnierzem cętkowanego płaszcza.
Po dłuższej chwili, trwającej zaledwie dwadzieścia minut uspokoił się po wytrząśnięciu "tego potwora", jak go później nazwał podczas opowiadanie "Pod końskim chwostem" przy kuflu piwa jaśminowego i przy trzaskającym kominku. Po tym wydarzeniu skrył się w turzycy i czołgał w kierunku namiotu (namiot stał na skraju nieużytku:).

***
W tym samym czasie, w innym miejscu.
Kumak szedł sobie spokojnie leśnym duktem. Z prawej strony kłaniały mu się dostojne olsze szare (Alnus incana) z lewej majestatyczne pomniki przyrody klony jesionolistne (Acer negundo), a wszystko to przepasane jakby wstęgą miedzą na czym ciche sójki (Garrulus glandaris) siedzą.
Na drogę wyszedł jeleń Hubert.
- Cześć Huberciku! - powiedział Franciszek.
- Cześć Franku! - odpowiedział ów.
- Która godzina?
- Za pięć dwunasta. (zapytaj kiedyś o co chodzi z tą godziną, mam ciekawą opowieść:).
- O kurczę, muszę się spieszyć.
- Masz jakąś ważną sprawę do mnie? Bo jeśli nie jest to pilne, porozmawiamy później.
- Mam wiadomość od Stefana. Podobno Rafał ma łaskotki. - i zniknął tak po prostu (jak uśmiechający się kot w Alicji:).
- Dziwne - mruknęła żaba, która tak bardzo się spieszyła, że zniknięcia tego nie zauważyła.
Przed nim pojawiła się kałuża przechodząca w niewielkie bagienko, gdzie cztery bociany czarne przetakami wydobywały nasiona olszy szarej (do szkółki Genowefy Pigwy Jaskółki:). W głębi stadko gołębi wypalało potaż. Gdy ten wypalił się w całości, ponownie napełniały fajki i siadały spokojnie na okolicznej skałce (bo były to gołębie skalne:).
Kumak zamiast przejść po grobli przeskoczył kałużę i pobiegł w siną dal.
Kiedy krajobraz zmienił się z soczyście zielonego na lekko siny (modrzaczek siny - Leukobrium glaucum) to się zatrzymał.
- To tu - powiedział do siebie.
Przeszedł ostry zakręt i zanurzył w ostęp. I tyle go widzieli.

***
A ryś?
A ryś przemieszczał się po cichu, po woli wśród zarośli co jakiś czas wysuwając głowę ponad trzciny. Gdy tu nagle z boku rozległ się donośny rozkazujący szept.
- Baczność rekrucie!
- Tak jest! - odpowiedział Ryś nie zastanawiając się co robi. Później się zastanowił, nastroszył
wąsy myśląc o szkoleniu wojskowym na studiach (podobno znów mają wrócić). - Halo, co pan tu robi? - zwrócił się do Rohatyńca Nosorożca, który pojawił się niespodziewanie w towarzystwie ryjówek w strojach moro i pomalowanych w czarne paski buziach.
- Baczność! - ponownie kszepnął (to taki krzykoszept) Rohatyniec Nosorożec.
Ryś ponownie drgnął hamując w sobie frontowy nawyk.
- Przyjacielu Rohatyńcu. Jeśli mogę tak do pana mówić ... - zaczął Rysio, lecz przerwał mu nosorożec słowami: - Nie, nie, nie! Jeśli już to przyjacielu kapitanie Rohatyńcu. - Po czym dumnie wyprężył pierś i owinął wokół palca sumiaste wąsiska.
- Powierzono mi tajną misję złapania zbója niegodziwca Rafała i osadzenia go w więzieniu w Colchicum. Dlatego dostałem awans i rozkaz aby tej informacji nikomu nie zdradzać ... co właśnie zrobiłem ...
Nastała niema cisza w której dało się słyszeć tylko (oxymoron:), nie bzdura:) trocinki sypiące się z drzew opanowanych przez kornika drukarza (Ips typographus) i zawodzenie łabędzia niemego planującego połowy ryb i całości ości:).
- Tak. - dodał po chwili Nasicornis. - Jest pan, panie Ryszardzie zatrzymany do końca akcji w moim oddziale. Może pan mówić, co pan chce, ale wszystko co pan powie może być użyte przeciwko panu. Ma pan prawo do adwokata w ilości 200 gram, krakersa serowego ...
- To już chyba z innego opowiadania.
- A co? Sory, rzeczywiście nieco się zagalopowałem. - Tu przyjął głupawy uśmiech i dla żartu tupał sześcioma nóżkami.
- Z przyjemnością pomogę. Ja również mam zadanie wyeliminowania zbója pod zarzutem zakłócania ciszy nocnej § 111 Kodeksu Króla Puszczy Żubra Bonifacego Mniejszego II.
- To dobrze, to dobrze ... Pozwoli pan, że przedstawię. - wskazał na stojące w trawie gryzonie (a może drapieżniki:) i kolejno przedstawiał:
- Chorąży Ryjówka Aksamitna, kapral Ryjówka Niebieska, szeregowy Ryjówka Błękitna, szeregowy Ryjówka Chabrowa, szeregowiec Ryjówka Malutka.
Wszystkie były tak zamaskowane, że nawet jeśli ktoś zapamiętałby kolejność to nie pamiętałby twarzy. W tłumie można było tylko wyróżnić Ryjówkę Małą z powodu niewielkiego wzrostu.
- Ku Chwale Ojczyzny! - odpowiedział ni z gruszki (Pyrrus communis) ni z pietruszki, najprawdopodobniej tylko po to by zaznaczyć swoją obecność, Ryś.
Oddział uzbrojony był w 24 szyszki, procę z nadłamanymi na sęku widełkami, dużą siatkę na motyle i zepsute dynamo od roweru. To ostatnie by elektrowstrząsami wymusić na Leopardzie zeznania.
Ryś tez pokazał swoje skarby, którymi okazały się być: scyzoryk, kłębek drutu i dwa elektromagnesy.
- Fantastycznie. - powtarzał ciągle Rohatyniec, patrząc zaokrąglonymi z zachwytu oczkami i drapał się nerwowo w róg. - Tak wróg nie śpi, poczekajmy zatem do podwieczorka.

***
Żaba zanim zniknęła w gąszczu spoglądnęła na swój zegar słoneczny, którego zwała słonecznikiem. W rzeczywistości miał tylko baterię słoneczną i po zagłębieniu się w czas, przepraszam las:), przygasał wyświetlacz miętowo-zielony i nic nie było widać.
Była godzina: ZULU 12:36. Franek wyjął z kieszeni płaszcz przeciwdeszczowy w kolorze dna lasu z przewagą na zdjęciu fitosocjologicznym czworolistu pospolitego (Paris quadrifolia) i marzanki wonnej (Asperula odorata) i powędrował omszałym pniem olszowym w kierunku 90' od drogi w lewo.
Zaczęła kukać kukułka: - Ku, ku, ku, ku ... rde. - dodała po chwili. - Pierdzielona czkawka. Dlaczego cała nasza rodzina ma czkawkę? :).
Gęste drzewa tak bardzo zaciemniły przestrzeń, że kumak drgnął z przestrachu. Grąd delikatnie przeszedł w łęg, później w bór wilgotny, a na końcu bór mieszany świeży. Następnie zrobiło się nieco jaśniej na serduszku :):) i pod koronami drzew. Na niebie unosił się majestatycznie cirrus haczykowaty, którego gonił cumulus w kształcie obwarzanka.
- Kurwa, chyba nie zdążę :). - szpetnie zaklął Kumak i przyspieszył kroku.

***
Ściemniało się. Ryjówki spały ukryte w gąszczu lekko pochrapując. Rohatyniec woskował i  polerował róg. Rysio leżał na plecach z nogami założonymi jedna na drugą, z rękoma pod głową i  słomką w uściech. Patrzał na czerwone słońce i postrzępione obłoczki.
- To co, będziemy ruszać? - zapytał Nosorożec.
- Ano będziemy. - odpowiedział ryś Ryszard, po czym stanął na czterech kończynach i delikatnie się przeciągnął.
- Baczność oddział! - kszepnął Rohatyniec.
- Co?
- Eee...
- Mamusiu, jeszcze pięć minut. - chórem odpowiedział ów.
Po chwili nie krótszej niż mrugnięcie okiem i nie dłuższej niż czas spadania orzecha laskowego z  czubka leszczyny oddział był przygotowany do akcji. Dowódca szeptem wydał rozkazy. Szept był tak  cichy, że niczego nie zrozumiałem. Armada skierowała się w kierunku (jak posłanka Beger:)  kryjówki łobuza Rafała.
W kryjówce panował niespokojny ruch. Światło zapalało się raz w namiocie, raz w jaskini. Słychać  było śmiechy i piski, zapewne ofiar tego złoczyńcy. Nie było czasu do stracenia. Trza było  działać.
W miedzy czasie zapadł zmrok. Kapitan rohatyniec skrył się za namiotem z podniesioną do góry  trofiejną patelnią. Ryś schylony pod oknem czekał na rozwój akcji i czyjeś wynurzenie się przez  iluminator. Ryjówki obstawiły drzwi do namiotu i wejście do jaskini.
Na lodowisku okna jaskini ślizgały się ćmy rolnice i jedna błyszczka miętówka. Gdzieś obok  pójdźka skrzeczała na sąsiadkę, czy czegoś podejrzanego nie zauważyła. A rogal księżyca oświetlał  amfiteatr rzeczywistości przysłonięty czarnymi jak kawa chmurami stratus.
Cisza chłodnym wieczornym oddechem łaskotała szyje naszych bohaterów. Wszyscy byli zamyśleni i  nikt nie wpadł na pomysł wydania rozkazu: - Do ataku.
Nagle z zarośli na przeciw wyskoczyła na czterech łapkach mocno ubłocona postać. Oddział  komandosów Rohatyńca Nosorożca drgnął niespokojnie, ryś drgnął delikatnie i z powagą a mnie  przeszły ciarki za uchem. Kto to może być o tej porze w tym miejscu? Na pewno Zbój Lampart Rafał  wystawił czujki.
- Psst. - odezwała się postać.
- Co? - odszepnął Ryś.
- To ja Franciszek.
- Zostań tam, gdzie jesteś i poczekaj na rozwój akcji.
Szczęknął zamek drzwi do jaskini albo z jaskini, ponieważ z gardła góry wyszły zataczając się dwie postaci. Obie były niskie i machały skrzydełkami. Najprawdopodobniej dwie kury. Jedna z nich  zupełnie nie miała piór.
- Przyjście tu chyba nie było najlepszym pomysłem? - zapytała jedna z kokoszek.
- Ale przyznaj, że poker był fascynujący?! - odparła  pytaniem tamta.
- Następnym razem nie dam się tak oskubać! Ech. Jak ja się teraz pokażę staremu.
- Nie bój się, coś ci pożyczę.
Po chwili wyszły jeszcze dwa wilki.
- Zrobił śmierdzącego psikusa, sam zniknął a psikus pozostał. - Strzępek rozmowy pozostał  strażnikom na pyskach, gdy Ryjówki Aksamitna i Niebieska podstawiły jednemu nogi pod nogi. I upadł. Ten drugi zarobił patelnią od Nosorożca i fiknął jak ten pierwszy. Potem zostały związane i schowane w krzaki. Oddział się przegrupował i zaatakował przez  okno i drzwi rzucając szyszkami. Wszystko potoczyło się tak szybko jak w kalejdoskopie.
Przerażenie w środku osiągnęło zenit, zaskoczenie wzięło górę. Na stole leżał jopek wino bity  damą czerwo. Ryś Ryszard mierzył do Lamparta Rafała z procy, Rohatyniec Nosorożec trzymał w  siatce na motyle dwie kury rozebrane do rosołu podczas gry w pokera, ryjówki w tym czasie wiązały  pozostałych uczestników hazardu i poróbstwa.
Gdy już byli dostatecznie skrępowany, oddział obejrzał pozostałe pomieszczenia. W najgłębszej  jaskini były ukryte te same dwie łasice o których pisano w "Jaskiniowcu codziennym". Oprócz nich,  a może nie będę tego pisał. Wszystko przeczytacie w naszym powszechnym periodyku.
A czego ten hultaj nie miał w swojej jaskini. Była tam mała bimbrownia, ślusarnia produkująca  stalowe proce i granaty z szyszek, cały zapas orzechów, które przepadły wiewiórkom, lusterko  ukradzione sroce i lisia kita. Dowodów tyle, że starczyłoby na 101 lat więzienia.
Zbój Lampart Czarci Chwost przy pomocy elektromagnesu przymocowan został do kaloryfera.
- Mamy cię gagatku, już nam nie uciekniesz. - rzekł podniosłym głosem Orycetes. - Jesteś oskarżony za zakłócanie ciszy nocnej, nielegalny wyszynk alkoholu, złe prowadzenie się i torturowanie nieletnich z  § 111, 134, 362 Kodeksu Króla Puszczy Żubra Bonifacego Mniejszego II. Masz prawo do adwokata, albo i nie, bo zostanie ci przydzielony z urzędu i będę to ja. Masz prawo nic nie mówić, ale jeśli nic nie powiesz to pożałujesz. - tu machnął mu pod nosem zaciśniętą pięścią.
Lampart, po kilkuminutowych łaskotkach, zaczął cicho chlipać i powiedział, że to niechcący. Że torturował wyłącznie tortem orzechowym. I że to wszystko jest emitowane na żywo w Leśnej Telewizji i nazywa się Big Radar, że niby każdy może pooglądać i posłuchać. Ż robił to wyłącznie dla pieniędzy. Że chce się zmienić i dlatego pokazuje im skrytę z tajnymi listami. W tym rozpędzie przyznał się również, że jest agentem obcego mocarstwa, ale nie wie jeszcze jakiego, bo pocztę dostawał w standardowym ptasim.
Leśna Policja nie zabrała Rafała z zupełnie innego powodu niż przyznanie się do winy i chęć poprawy, lecz dlatego, że był za mały na więzienie. Za karę miał przez dziesięć lat kosić trawniki na uczelni. A było tego, bagatela, 25643 m2. Dostał kuratora, którym była kura kurząca papierosy. Była też bardzo biegła w prawach.
Rafał bardzo się wstydził swoich złych uczynków, lecz z dumą wykonywał karę i nawet nie płakał, kiedy wyglądający przez okno studenci śmiali się z niego. Po kilku latach poznał miłą popielicę i żyli długo i szczęśliwie.
Kruka odstawili do Szpitala im. Poprocha Cetyniaka w Trichaptum. Nie obyło się bez łzy  pożegnania i zapewnień, że jak wyzdrowieje to wrócą po niego.
Dynamo się nie przydało. Chociaż, może i tak. Ryś chwycił je za kabelek, rozbujał i krzyknąwszy "No to co, dyndamo się?!" rzucił przed siebie. Później Rysiek i Franek śmiali się przez kilka minut.
Nie zrobili najładniej. Nie wolno zaśmiecać lasu. Wy tego ni róbcie, bo gdyby widział to kapitan Rohatyniec, nie byłby zachwycony.

Ryś i Franek siedzieli na skraju przepaści, gdzie zachodziło czerwone słońce. Ono mrugnęło do  nich i znikło w koronach sosen rosnących w reglu niskim.
Schody przysypane opadłymi liśćmi brzozy wskazywały, że niedługo skończy się już lato. A wiatr samolub  hulał piszczącą furtka prowadzącą do krainy pełnej książek z wentylacją nastawioną na trochę za  zimno.
Zegar słoneczny Kumaka wskazywał osiemnastą. Jeszcze zdąży na ćwiczenia z borometrii.
Co to jest borometria? Dowiecie się z następnej części powieści.

THE END

Szukaj

Logowanie