Strona główna

Już podczas lądowania promu kosmicznego krajobraz przyciągał wzrok.
Olśniewające słońce zachodziło nad mieniąca się zatoką Morza Zielonego,
którego taflę szpeciła położona nieco na wschód industrialna wyspa
Kamieniucka. Puszcza Białowieska kłaniała się dostojnym gościom swoimi
najlepszymi sosnami.
W 2075 roku rząd w Brukseli zaproponował powiększenie tego najbardziej
zbliżonego do naturalnego kawałka lasu. Rezultaty było widać dopiero
teraz prawie po stu latach. Las zarastał już przedmieścia ciągle
wyludniającego się miasta Białystok. Robotyzacja spowodowała olbrzymie
bezrobocie. Co prawda ludzie otrzymywali duże zasiłki społeczne, ale nie
mieli ich na co wydawać. Życie towarzyskie i kulturalne kwitło w
nadmorskiej Hajnówce.
Na południu granica lasu rozbijała się o Siemiatycze, natomiast z
zachodu
ciągnęła się od Brańska aż do wybrzeża. Prom szarpnął odrzutowymi
silnikami korekcyjnymi, po czym zasapał siłownikiem hamującym.
Po chwili spędzonej w warstwie chmur, podobnej nieco do nurkowania w
mleku, delikatnym tąpnięciem wylądowaliśmy. Wychodzącym z kajut personel
wskazywał kierunek do wyjścia. Na stanowisko poczekalni wypluł mnie jeden
z antygrawitacyjnych rękawów statku, moją walizkę drugi, nieco mniejszy.
Przeniosłem się na ruchomy chodnik do wyjścia. Wieczorne, gorące
powietrze pachniało rybą z frytkami, słoną wodą i kremem do opalania.
Była pełnia sezonu.
Zegar na wieżowcu Portu Komunikacji Powietrznej (PKP:) wskazywał
piętnastą czasu Europejskiego. Na oko należało jeszcze dodać co najmniej
półtorej godziny by otrzymać czas lokalny. Byłem głodny i ... spragniony.
Spragniony wrażeń i czegoś zimnego na moim podniebieniu.
Gwizdnąłem na taksówkę. O dziwo już stała zanim zacisnąłem palce.
Gwizdnąłem chyba z przyzwyczajenia.
- A dokond to? - zapytał śpiewną słowiańszczyzną taksówkarz.
- Najpierw do jakiejś restauracji. - odpowiedziałem niespiesznie
podziwiając mocno wysłużony wóz. Dłużej na tym skwarze nie chciałem
czekać. Wsiadłem.
Mały atomowy motor prychnął kilka razy, po czym uniósł nas pół metra nad
ziemię. Gdzie indziej poduszkowce wyszły z użycia, jednak w kurorcie
dominowały. Jeśli nie z powodu niezawodnego silnika to z reprezentującego
sobą luksusu. Poduszkowa Syrena z 81 kosztowała przeszło 300 kredytek
orue. Jasne, że co jakiś czas mijały nas antygrawitacyjne Peugeoty. Na
nich jednak dominowały rejestracje z centrum kontynentu.
W aucie chyba wysiadła antyprotonowa klimatyzacja. Co jakiś czas z
wentylatorów wypadały małe kulki papieru. Kierowca włączył radio Hajnówka
94,9 FM. Z eterze śpiewał zespół Dubiny z przebojem lata "Wyjdu ja za
plażowiczku":).
Minęliśmy ślimacznicę i wjechaliśmy na górny pas do centrum ulicą
Kolejową. Minęliśmy ekskluzywne butiki z biżuterią i pośpieszny chodnik
dla spacerujących. Idący, czy też raczej stojący ludzie mieli
uśmiechnięte buzie. Stała tam też dystyngowana dama w ogromnym kapeluszu
i pudelkiem na antygrawitacyjnej smyczy.
Jeszcze jeden zakręt i staliśmy przed frontem trzygwiazdkowej
restauracji
"Sasanka". Kazałem kierowcy zaczekać kilka minut. Otworzył mi krępy
murzyn ubrany w czerwona liberię. Jakaś sympatyczna kelnerka wskazała mi
stolik w głębi. Na stoliku leżała elektroniczna tablica zamówień.
Wybrałem śledzie ze śliwkami w śmietanie, papaty na przystawkę oraz
kieliszek wina Łosinka 2004. Przytknąłem kciuk w celu potwierdzenia
zamówienia i regulacji należność.
Przy sąsiednim stoliku siedziała para jedząca homara. Rozmawiali w
języku
migowym na tyle szybko, ze zdołałem rozpoznać jedynie słowo przepraszam.
Przez przyciemniane okno wpadały do środka zagubione promyki słoneczne.
Chodnik przemieszczał zadowolonych lub całkowicie znudzonych ludzi.
Przemknęła szybko pani z odrzutowym wózkiem. Po drugiej stronie ulicy
księdza Worobieja w gmachu Europejskiej Giełdy Kwiatowej trwało niezwykłe
poruszenie.
- Co się dzieje w sąsiednim budynku? - zapytałem kelnerki przynoszącej
posiłek.
- Dzisiaj jest XIX Międzynarodowy Festiwal Kwiatów Hajnówka 2171. Podobno
przyjeżdża prezydent Unii Mikołaj Bajko.
- Dziękuję. - odrzekłem i zacząłem pałaszować.
Wyszedłem w pośpiechu świadom, że taksówka czeka na mnie już pół
godziny.
- Do Hotelu Leśniczówka! - zaordynowałem drajwerowi.
- Z przyjemnościo. - odpowiedział ów, uśmiechnął się i zatarł ręce licząc
na duży napiwek. Podejrzewam, że nie często bywał pod pięciogwiazdkowym
hotelem.
Silnik zawył z zachwytu. Czteropasmowa ulica 3 maja nosiła ślady remontu
barierek. Co jakiś czas stały również płotki pomalowane w czarno-żółte
pasy. Po prawej minęliśmy obelisk dwupiętrowego kościoła nowej generacji
z wielkim świecącym krzyżem z obsydianu. Ściemniało się. Wieżowce w
Centrum zaczynały zdobić piegi świateł biurowych. Poprosiłem taksówkarza
o krótki postój przy Magnetycznym Bazarze.
Już piechotą przeszedłem obok Podlaskiego Banku Krajowego (PBK:) i
przystanąłem podziwiając kulisty budynek handlowiska. Po dwóch minutach
byłem z powrotem w taksówce. Byłem też w posiadaniu nowych kryształów do
domowego teleportera. Wreszcie dojechaliśmy na skrzyżowanie ulic 3 maja i
Armii Krajowej, gdzie wznosił się podświetlony Hotel III Generacji
Leśniczanka.
Zapłaciłem kierowcy chipem podróżnym. Uśmiechnął się po sowitym napiwku
i
podał mi swoja wizytówkę mówiąc:
- I jakby co, to proszę dzwonić.
- Z pewnością. - odpowiedziałem. Nie miałem jednak takiej pewności.
Po kąpieli, jeszcze w szlafroku, delektowałem się przeteleportowanym z
domu cygarem, którego końcówkę co jakiś czas zanurzałem w doskonałej
brandy z Klejnik. Gdyby nie kryształy musiałbym się obyć tylko
szklaneczką tego szlachetnego trunku.
Z teleportem nie rozstawałem się nigdy. Pozwala mi na przerzucanie z
domu
i do domu drobnych przedmiotów zmniejszając jednocześnie wagę podróżnej
walizki. Podobno hajnowscy naukowcy opracowują teleporter do interlokacji
żywego białka.

Rano obudził mnie boy hotelowy ze śniadaniem, które zamówiłem na 7 CE.
Zjadłem je w pośpiechu i w ten sposób z pełnym brzuchem opuściłem mury
pięciogwiazdkowej sypialni. Przelotnie dostrzegłem w hollu afisz:"Ich
siedmioro. Dziś w Parku. Kosmiczny Amfiteatr Dołek. 17 CE". Nie
zamierzałem iść. Podobno "Ich siedmioro" było spuścizną po zespole "Ich
troje". Dzieci im urosły i śpiewały na sposób antycznego zespołu "Kelly
Family".
Nadszedł wreszcie dzień w którym chciałem zrealizować swoje marzenia.
Dzień wieńczący moją podróż. Cel mojej wycieczki. Na ulicy Batorego
mieścił się sklep "Najlepsze deski surfingowe, Furnel S.A.". Deski były
najlepsze na świecie jak głosiła reklama: "Jedyne w swoim rodzaju. Z
wąskosłoistej sosny surfingowej z Nowego Berezowa, Leśnictwo Topiło (ta
piła, ten pił, to piło:). Specyficzny sposób cięcia drewna i najlepszy
lakier dają najdłuższą gwarancję 100 lat na każdą deskę". Dowodem na
prawdziwość ogłoszenia był eksport do Stanów Zjednoczonych Ameryki
Północnej, który stanowił siedemdziesiąt pięć procent Dochodu Krajowego
Brutto.
Wszedłem do sklepu i poprosiłem:
- Surfingshark, wersja ulepszona z tytanowym statecznikiem.
Pojawiła się miła pani o błąd włosach, ładnej twarzy i poważnych szarych
oczach i oznajmiła uprzejmym głosem:
- Nie możemy panu dać gwarancji na tak długi okres jak wiek.
- Dlaczego? - spytałem szczerze zdziwiony.
Pojawiły się wady techniczne. Nasi specjaliści pracują nad ich
wyeliminowaniem. Mogę panu sprzedać deskę z rabatem 80% i możliwością
wymiany na pieniądze lub inną deskę w ciągu tygodnia.
Coś mi tu nie pasowało. Nikt przecież nie daje takich warunków, lecz
odmowa nie była w moim stylu. Powiedziałem:
- Proszę zapakować. - poczym przytknąłem kciuk do płatnika. - Proszę
odesłać do Hotelu Leśniczanka na nazwisko Kenny Brzozowski.
Pozostały czas postanowiłem przespacerować po kurorcie. Minąłem Centrum
Handlowe, którego wystawa kusiła najnowszymi katamaranami i poszedłem
wokół Parku Głównego ulicą Zina do Muzeum Figur Wioskowych. Notatka w
ogólnopolskim dzienniku "Hajnouskij pahlad" informowała o pracach z
wiosennego pleneru w Topile. Połączona koalicja twórców Afryki i Europy
nagrodziła miłośników sztuki dużą liczbą ciekawych prac. Znajdowały się
tu obrazy takich znakomitości jak Nadia Wagabunga, Luba Ougodougou,
Praskowaia Morogoro, Anatolij Mbeya, Mbata Buszko, Kindu Trochimczyk i
wielu, wielu innych.
Moją uwagę przykuł obraz pod tytułem "Piruet baby z elektroniczną kosą".
Pastisz nowożytnej pandemonii z niewielkim wpływem surrealizmu
romantycznego.
Zatrzymujący się ludzie podziwiali kunszt artysty i komentowali w samych
superlatywach dzieło:
- Niesamowita głębia, nieprawdaż Olgo Iwanowno? - zapytał mężczyzna w
szarym płaszczu przeciwdeszczowym, śmiesznym kapelusiku i binoklu
zwracając się do pani ubranej w białą zwiewną suknię, kapelusik w tymże
kolorze oraz z białym koronkowym parasolem.
- Da, da. - odpowiadała na każde pytanie dżentelmena i w uśmiechu
ukazywała dwa rządki równych zębów.
- Co za kreska?
- Da, da.
Nie zauważyłem żadnej kreski, poza kreską ramy obrazu. Natchniony
ubiorem
owych państwa odgadłem, że będzie deszcz. Pośpiesznie więc minąłem
instalację twórców z Narwi pt. "Instalacja gazowa w samochodzie Żuk" i
skierowałem się do wyjścia. Stanąłem przy pomniku czołgu bez lufy (aby ta
nie mogła być wymierzona w jakąkolwiek stronę:). To taki pacyfistyczny
pomnik:) i rozejrzałem się za taksówką. Gwizdnąłem i już była.
- Do Hotelu ... - zwróciłem się do taksówkarza i zatkało mnie ze
zdziwienia.
- A to pan. - słowiańskim śpiewnym głosem zagaił drajwer. - Do
Leśniczanki?
- Nu. - atkazau:).
Z wentylacji nie leciały już papierowe kulki. Wiało stamtąd syberyjskie
powietrze wprost z Irkucka 1961 roku a szara taśma izolacyjna była li
tylko w celach dekoracyjnych.
Kierowca zagaił:
- A co ciekawego turysta widział, a? Podoba się nasze miasto? Która mamy
godzinę? - po trzech próbach przestał. Wjechaliśmy na parking hotelu.
Zapłaciłem, wysiadłem i pożegnałem się sucho. Kierowca odpowiedział
wylewnie gasząc żar pustyni w potokach beznamiętnej paplaniny.
Apartament. Na łóżku deska (tu jeszcze błysk jak w reklamach środków
czyszczących). Odwijam i przyglądam na przezroczysty lakier i tytanowy
statecznik.

Wieczorem poszedłem sprawdzić nową deskę. Czerwone zachodzące słońce
przyciemniane co jakiś czas postrzępionymi cumulusami, chłodne rześkie
powietrze i kilkumetrowe fale Morza Zielonego. Włożyłem skafander
wypornościowy i śmigałem niczym Odyseusz po Morzy Śródziemnym. Troszkę
jednak krócej. Mniej więcej po kwadransie deska rozpadła się pode mną. W
ostatniej chwili zdążyłem chwycić statecznik.
Zdenerwowany, ale dzięki kombinezonowi bezpieczny, dopłynąłem do brzegu.
Byłem rządny krwi tych którzy stoją za zniknięciem mojej deski.
Z hotelu zadzwoniłem do kumpla z hajnowskiej dochodzeniówki.
- Halo! Proszę z agentem Bujko. Tak. Proszę powiedzieć, że dzwoni Kenny
Brzozowski. Jak? Kenny Brzozowski. - Odniosłem przy tym wrażenie, że
linia holograficzna nie była remontowana od XX wieku.
Omówiliśmy sprawę przy pucharze mantezji w nadmorskiej Restauracji
Wrzos.
Oddałem mu statacznik do analizy.

Poranne wieści były szokujące. Drewno pożerały kołatki siatkowe (Anobium
reticuli) zmodyfikowane przez naukowców białoruskich. Miały utwardzone
wolframowe zęby. Twórców zdradziła informacja na zębach szkodników "Made
in Belarus". Najwyższa Izba Kontroli wszczęła postępowanie wyjaśniające.
Ja dostałem medal za pomoc stołecznej Policji (zapomniałem dodać, że
Hajnówka jest obecnie stolicą:).

Wnioski:
- Fabryka Azotowa na Wyspie Kamieniuckiej produkowała podrzędne deski z
odpadów produkcyjnych.
- Naukowcy białoruscy modyfikację genetyczną szkodnika niszczącą
zabezpieczone drewno.
- Deski z wyspy powodują alergię.
- Winni obecnie czekają w więzieniu na proces.
- Ja kupiłem dobrą deskę i piszę z deskkomputera.
- I żyli długo i szczęśliwie.
- W następnym odcinku szczegóły dochodzenia deskowego.

THE END

Szukaj

Logowanie